Jestem proboszczem parafii rzymskokatolickiej w Ostrogu nad Horyniem Ukraina e-mail: vykovaliv@gmail.com www.ostrog.blox.pl Adres dla korespondencji w Polsce: ks. Witold Józef Kowalów skr. poczt. 9 34-520 Poronin
| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Tagi
Vesna

Krzysztof Broszkowski OP - osobista strona www

Poleć naszą stronę ЛОТ "Пошук" KRESY uahistory Сайт акції з поширення української музики серед населення України Kościół Rzymsko-Katolicki na Białorusi Я в контактi Wołanie z Wołynia - Волання з Волині

Promote Your Page Too

RSS
czwartek, 01 grudnia 2005

Prezentacja książki Inny Szostak

W środę, 30 listopada 2005 roku w Uniwersytecie Narododowym "Akademia Ostrogska" odbyła się prezentacja książki Inny Szostak, członkini redakcji "Wołania z Wołynia", pt. “Луцько-Житомирська дієцезія наприкінці XVIII – у першій половині XIX століть”.

Poniżej zamieszcamy opis tego wydarzenia pióra Ireny Moroz:

ДОСЛІДЖЕННЯ  

З   ІСТОРІЇ  

ЛУЦЬКОЇ    ДІЄЦЕЗІЇ  

В останній день листопада 2005 року в стінах Національного університету “Острозька академія” відбулася презентація книжки Інни Шостак “Луцько-Житомирська дієцезія наприкінці XVIII – у першій половині XIX століть”.
Презентацію відкрив ректор університету Ігор Пасічник. Він відмітив, що це найприємніша місія, вітати першу випускницю Національного університету “Острозька академія”, що захистила кандидатську дисертацію і працює в університеті. Пан ректор зауважив, що Інна – це скромна людина, яка вже має великі наукові досягнення, а також є секретарем вченої ради університету. Ігор Пасічник побажав молодій авторці Божого благословення, здоров’я та щоб читачі побачили ще не одну наукову роботу її пера.
Інна Шостак коротко розповіла присутнім викладачам, студентам про  свою роботу, охарактеризувала її зміст та джерела. Сказала, що досліджувала становлення Луцько-Житомирської дієцезії в умовах посилення російського самодержавства, вивчала історію духовних семінарій у Луцьку, Олиці та Житомирі, парафіяльних та монастирських шкіл. Авторкою використана велика кількість першоджерел з архівів Житомира та Києва, а також опрацьовані наукові дослідження польських авторів. Подякувала за підтримку і співпрацю о. Вітольду-Йосифу Коваліву – настоятелю римо-католицької парафії Успіння Пресвятої Діви Марії в Острозі, котрий видав вищезгадану книжку як 42 том у серії “Бібліотека «Волання з Волині»”.
О. В.-Й. Ковалів сказав, що коли приїхав працювати до Осторога, Інна навчалася ще в загальноосвітній школі. Тому має нагоду слідкувати за її розвитком. Часто постає питання: що важливіше – будувати будівлю чи інвестувати в людину. Це друге є важливіше. Інна допомагає у виданні часопису “Волання з Волині”. Працює на громадських засадах. О. Вітольд відкрив таємницю, що пообіцяв Інні при успішному захисті кандидатської дисертації видати її роботу друком. Що і виконав. Відмітив, що дана книжка була видана за фінансової підтримки Генерального консульства РП у Луцьку і особисто генерального консула д-ра Войцеха Ґалонзки. О. В.-Й. Ковалів згадав про книжку ще одного випускника НУ“ОА” Тараса Вихованця “Старий Кривин: дослідження та матеріали з історії Південно-Східної Волині”, яка була видана також у рамках “Бібліотека «Волання з Волині»” та презентація якої відбулася у серпні 2005 року. Тематика цих праць різна та відрізняються їх презентації. Тому бажаю, щоб різноманітність поєднала нас.

10:41, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

Nasza książka w antykwariacie

http://www.antkrak.krakow.pl/dzienna.htm

NASZA KSIĄŻKA

W ANTYKWARIACIE

OFERTA DZIENNA

ostatnia aktualizacja: 2005-11-30 13:26:48

51.Knapiński Władysław ks. - Sprawa o kościół w Ostrogu na Wołyniu. Biały Dunajec-Ostróg 2000. "Wołanie z Wołynia". 8,s.37,[12]. Przedruk z wyd.:Lwów 1892.
22,-

10:18, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

http://www.wolanie.kioskonline.pl/tubylmojdom.htm

"TU BYŁ

MÓJ DOM

RODZINNY"

Żałobna uroczystość
w Borszczówce k. Hłuboczka na Wołyniu

W czwartek, 6 listopada 2003 roku na terenie dawnej wsi Borszczówka, koło Hłuboczka w rejonie hoszczańskim, odbyła się kolejna żałobna uroczystość na Wołyniu. Wsie Borszczówka i Lidawka zostały spalone i ich ludność zamordowana przez Niemców przy współudziale lokalnej policji ukraińskiej w dniu 3 marca 1943 roku. W tym dniu zginęli tutaj także ciotka obecnej pani Prezydentowej Jolanty Kwaśniewskiej - Zofia Kraśnicka, z mężem Czesławem i dzieckiem.
Po wielu staraniach , przygotowaniach i przenoszeniu terminu uroczystość ta odbyła się i była podobną do tej z 11 lipca 2003 roku w Pawliwce (dawnym Porycku). Do Hłuboczka, podobnie jak do Pawliwki, prowadziła świeżo odremontowana droga asfaltowa! (gdy pierwszy raz byłem tu w 1999 roku topiliśmy się w błocie, chociaż podróżowaliśmy wynajętą w Kurażu furmanką); a obejścia domów ozdobione były nowymi pomalowanymi przeważnie na zielono płotami. Błoto mimo wszystko wyszło na drogi, gdyż dzień był mżysty i leniwie padał deszcz.
Na uroczystość przybyła wraz z Pierwszą Damą Rzeczypospolitej Jolantą Kwaśniewską delegacja z Polski, w skład której wchodzili między innymi: ks. kapelan Jan Domian, Andrzej Przewoźnik - minister, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Stanisław Mikke - wiceprzewodniczący wspomnianej Rady, kpt Marcin Norek z kompanii reprezentacyjnej Wojska Polskiego, Leon Popek - z Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie i zarazem prezes Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Wołyńsko-Podolskiej, Julian Konty - przedstawiciel dawnych mieszkańców Borszczówki, ojciec pani prezydentowej, Wołyniacy i harcerze. Przybyły także delegacje z kancelarii prezydenta Ukrainy i miejscowych władz, w skład których wchodzili m.in.: Oksana Medwedczuk - małżonka Wiktora Medwedczuka, Ołeksandr Oreł, Oleh Rafalśkyj, Walerij Tatarczuk, Mykoła Soroka - gubernator rówieński.
Uroczystość w Borszczówce rozpoczęła się od żałobnej Mszy św. koncelebrowanej, której przewodniczył miejscowy ordynariusz J.E. bp łucki Marcjan Trofimiak. Koncelebrowali: ks. kapelan Marcin Norek, kanclerz i proboszcz łucki - ks. Jan Buras oraz kapłani z Łucka, Równego i Ostroga.
Łucki Pasterz w okolicznościowym kazaniu powiedział m.in., że "modlimy się za tych, którzy byli przed nami i swoją modlitwą i pracą uszlachetniali ten świat, by Bóg otworzył przed nimi bramy nieba. Modlimy się także za nas - żywych - byśmy byli mądrzy, by nasze życie było mądre".
Po Mszy św. zostały wygłoszone trzy oficjalne przemówienia. Jako pierwszy zabrał głos rówieński gubernator Mykoła Soroka. Podkreślił on, że w brackiej mogile pochowane są 45 polskich i 5 ukraińskich rodzin. "Na tym miejscu jest teraz pokój i cisza". Wyraził wdzięczność polskiej stronie za sfinansowanie pomnika. Podziękował także rówieńskim służbom drogowym za remont dróg. Swoją mowę zakończył słowami: "Na tym miejscu uświadamiamy sobie, jak wiele zależy od Boga".
Następnym mówcą był minister Andrzej Przewoźnik - sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa: "Na tysiącach mogił w całej Polsce na początku listopada zapłonęły świece, ale na wielu jeszcze poza Krajem nie zapłonęły światła pamięci - zwłaszcza tu na Wołyniu, gdzie historia obeszła się z ludźmi tak tragicznie. Dzisiaj przybywamy z Polski, aby oddać im cześć. (...) Po mieszkańcach wioski Borszczówka pozostał tylko grób. (...) Jednak pamięć ludzka przetrwałą w sercach ludzkich. Stojąc nad tą mogiłą spełniamy humanitarny obowiązek względem ofiar totalitaryzmu. (...) Zrobimy wszystko, żeby podobne rzeczy nigdy się nie stały".
Następnie p. Andrzej Przewoźnik podziękował gubernatorowi rówieńskiemu, jego współpracownikom, władzom rejonowym w Hoszczy i miejscowym mieszkańcom - którzy "pamiętali o zapomnianej przez Boga mogile, którzy składali tu kwiaty i pamiętali o tym miejscu" - delegacji z Kijowa, które reprezentowała kancelarię Prezydenta Ukrainy.
Kolejnym mówcą był p. Julian Konty, ojciec p. Jolanty Kwaśniewskiej, który ze wzruszeniem powiedział m.in.: "(...) jestem tu, bo tu był mój dom rodzinny. Dwa lata temu dowiedziałem się, że ten obiekt jest w złym stanie. (...) Przyznaje, że marzyłem i czekałem na ten moment długo. Byłem obecny na uroczystości w Pawliwce (d. Poryck). (...) Przeszło 60 lat temu rozegrałą się tragedia. 3 marca 1943 roku przybył oddział niemiecki i lokalnej policji - wymordował Borszczówkę i Lidawkę. Zginęła moja siostra, Zofia Krasicka z mężem Czesławem i ich dzieckiem. Zginął Paszyński, wójt Orłowski i inni (...) - byłem świadkiem grzebania zamordowanych ok. 250 osób pochowanych w tej bratniej mogile. (...) Polacy uciekali do większych miast, jak Ostróg i Równe. (...) Niedawno zmarł mój brat Feliks Konty. (...) W imieniu rodzin pomordowanych serdecznie dziękuję tym wszystkim organizacjom z Polski i Ukrainy, które przyczyniły się do budowy tego pomnika". Pan Julian Konty poprosił tutejszych mieszkańców, szczególnie Żawrowa i Hłuboczka, o opiekę nad tym świętym miejscem ludzkiej pamięci.
Nad jeszcze jedną mogiłą pojawił się krzyż chrześcijański, który wzywa nas do przebaczenia i modlitwy - wszakże taki testament pozostawił nam nasz Zbawiciel.

Łucja Zalewska

["Wołanie z Wołynia" nr 6 (55) listopad-grudzień 2003 r., s. 21-23.]

10:07, kovaliv
Link Komentarze (4) »

Jeden

z naszych autorów

http://www.ofm.krakow.pl/wydawnictwa.html

Brat Adrian Wacław Brzózka OFM

Fr. Adrian Wacław Brzózka OFM - franciszkanin - ur. W 1963 roku w Turku /woj. Wielkopolskie/. W latach 1993 - 1998 pracował w Kowlu na Wołyniu (Ukraina) w pościele pw. Wniebowzięcia NMP. Debiutował w "Dzienniku Kijowskim" /dodatek gazety "Hołos Ukrainy"/. W grudniu 1997 roku uznany został przez władze Wołyńskiej Obłasti za "persona non grata" za wymowę wydanego na Ukrainie tomika wierszy, w którym byli funkcjonariusze KGB doszukali się rzekomo antyukraińskich akcentów. Laureat wielu krajowych konkursów poetyckich. Wiele wierszy publikował w prasie polskiej na Ukrainie i Litwie oraz w kraju - także w zbiorowych wydaniach książkowych.

Jego tomiki autorskie to:
- "Ciche wyznanie" (Wrocław 1995)
- "milczące cienie" (Ostróg /Ukraina/ 1997)
- "Ziarno gorczycy" (Chełm 1997)
- "Czekanie na dotyk anioła" (Lublin 1999)
- "Powiedział: kochaj jesienne liście" (Nowa Sarzyna 1999)
- "Wracajmy do źródła" /aforyzmy/ (Warszawa 2000)
- "Uchylam nieba okiennicę" (Warszawa 2003)




Chętnych do zakupu ostatniego tomika wierszy br. Adriana Wacława Brzózki "Uchylam nieba okiennicę" prosimy o kontakt pocztą elektroniczną: E-Mail: brzozka-a@tlen.pl

09:51, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

http://www.goscniedzielny.pl/artykul.php?id=1104086746&naglkat=kultura

Po wołyńskich

drogach

fot.  
 Wołynia dzień dzisiejszy Po wołyńskich drogach
Warto przeczytać - 

 

WARTO PRZECZYTAĆ


Są różne sposoby opisywania krajów dalekich i bliskich. Jeden z podróżników jedzie do stolicy, tam przez tydzień nie wychodzi z hotelu, a potem, widząc kraj tylko zza okien samochodu lub pociągu, pisze sążniste reportaże na podstawie kilku książek swych poprzedników.


Drugi zaś jedzie niespiesznie „rzemiennym dyszlem“ od miasta do miasta, od wsi do wsi, zaglądając do każdego kąta, gdzie można zobaczyć coś ciekawego. Tę drugą metodę stosuje z powodzeniem red. Marek Koprowski, do niedawna nasz redakcyjny kolega, od kilkunastu lat podróżujący niestrudzenie po drogach i bezdrożach Białorusi, Ukrainy, Rosji, Kazachstanu. Owocem ponad setki tych podróży są kolejne tomy reportaży: „Za Bajkałem“ (2001), „Przez stepy Kazachstanu“ (2002) i wydany w bieżącym roku „Wołynia dzień dzisiejszy“.


W swej najnowszej książce Koprowski opisuje zarówno chwalebną przeszłość Ostroga, Sławuty, Krzemieńca, Berdyczowa, gorzkie czasy sowieckich prześladowań religii i krwawe wołyńskie lata
II wojny światowej, jak i tytułowy Wołynia dzień dzisiejszy. Autor nie jeździł jednak po wołyńskich drogach dla zaspokojenia li tylko krajoznawczej ciekawości. Miał jasno wytknięty cel: przedstawienie odradzających się wspólnot katolickich i skupisk polskich, zapuszczających ponownie korzenie na Wołyniu, niczym Wańkowiczowskie „ziele na kraterze“. Efekt tych wędrówek przerósł chyba nawet oczekiwania autora. Każdy z rozdziałów książki mógłby z powodzeniem przerodzić się w osobną książkę. Kamyki splątanych losów żyjących i zmarłych tworzą u Koprowskiego mozaikę doskonale przedstawiającą żywy Kościół.


Za symboliczne uznać trzeba pokazanie zarówno wspólnot odradzających się ze starych korzeni (Ostróg), jak i tych kiełkujących w nowych miejscach (wybudowane niedawno od podstaw miasto Netiszyn z wielką elektrownią atomową). Wzruszającym symbolem na wpół syzyfowych wysiłków jest działalność ks. Jana Szańcy z sanguszkowskiej Sławuty, który stara się przywrócić do porządku mury parafialnego kościoła św. Doroty zżerane przez sole składowane tu od kilkudziesięciu lat. Kilkakrotnie skuwał tynki, robił odwierty wentylacyjne i końca nie widać. Sowieckie sole nie ustępują, ale i kapłan katolicki też nie daje za wygraną.


Koprowski często wspomina w książce działalność pochodzącego z archidiecezji krakowskiej ks. Witolda Kowalowa, proboszcza w Ostrogu. Nie czyni tego jedynie ze zwykłej kurtuazji dla wydawcy swej książki. Docenia po prostu, że opisywany przez niego „Wołynia dzień dzisiejszy“ nie byłby pełny bez tego „człowieka - orkiestry“. Ks. Kowalów nie zadowolił się dynamicznym odbudowywaniem duchowym i materialnym parafii w Ostrogu, co samo w sobie jest już tytanicznym wysiłkiem. Postanowił również wydawać po polsku i ukraińsku czasopismo przedstawiające życie religijne diecezji łuckiej. Dopiął swego i od 10 lat wydaje ciekawy dwumiesięcznik „Wołanie z Wołynia“ oraz serię wartościowych książek. „Wołynia dzień dzisiejszy“ jest już 34. tomem tej serii.


Wołyńska książka Koprowskiego powstała we współpracy z redakcją „Gościa Niedzielnego“. Autor zadedykował ją pamięci naszego wieloletniego szefa śp. ks. red. Stanisława Tkocza, który z wielką życzliwością śledził jego wschodnie podróże.

Bogdan Gancarz


Marek A. Koprowski „Wołynia dzień dzisiejszy“, Biały Dunajec - Ostróg 2004, „Wołanie z Wołynia“ (Ośrodek „Wołanie z Wołynia“, skr. poczt. 9, 34-520 Poronin), ss. 236

09:42, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

http://www.zapala.pl/eb/ukra2002/ostrog.htm

 Kresy Wschodnie 2002

     OSTRÓG  2002


  zdjęcia     Kościół p.w. Wniebowzięcia NMP   Kościół p.w. Wniebowzięcia NMP. Pierwszy, drewniany kościół wybudowany został z fundacji księcia Fedora Ostrogskiego w latach 1440-42. W 1443 r. spalili go Tatarzy. Nowy, wzniesiony w 1582 r. przez księcia Wasyla Ostrogskiego, również został zniszczony przez Tatarów. Odbudowała go i powiększyła w 1624 r. Anna Alojza Chodkiewiczowa z Ostrogskich. Pod koniec XVIII w. kościół został odnowiony i powiększony przez księżnę Annę z Sapiehów Jabłonowską. Dnia 4 czerwca 1888 r. spłonął i przez następnych kilka lat stał opuszczony. Dopiero w 1896 r. podjęto decyzję o jego odbudowie. Z ołtarzy ocalał od pożaru jedynie ołtarz Matki Boskiej w prawej nawie.
Kolejna odbudowa kościoła i odrodzenie życia religijnego w ostrogskiej parafii rzymskokatolickiej nastąpiły w 1990 r. Do Ostroga wrócił pięknie i fachowo odnowiony ołtarz Matki Bożej oraz dwie figury: św. Antoniego i św. Franciszka. Kościół zbudowano na planie krzyża. Wschodnie ramię stanowi prezbiterium; jest to najstarsza część budowli, od strony zewnętrznej ściany wzmocniona trzema przyporami. Część środkową przykrywa potężna kopuła na cylindrycznym bębnie. Wszystkie fasady kościoła są podzielone poziomym, grubo ciosanym, kamiennym obramieniem. Główne wejście podkreśla czterokolumnowy portyk w porządku doryckim. Na fryzie widnieje napis: "Sursum Corda".
Obok kościoła znajdowała się kaplica Niepokalanego Poczęcia NMP, zbudowana w 1771 r. Pod nią, w krypcie, został w 1870 r. pochowany bp Franciszek Komornicki. W latach sześćdziesiątych bolszewicy zrównali kaplicę z ziemią, a szczątki biskupa zbezcześcili. W czerwcu 1995 r. ukończono odbudowę kaplicy; poświęcił ją metropolita lwowski abp Marian Jaworski. On też przewodniczył obrzędowi powtórnego pogrzebu bpa Komornickiego.

Brama Łucka jest charakterystycznym dla Wołynia połączeniem bramy wjazdowej i barbakanu. Była ważną częścią umocnień miejskich i chroniła miasto od strony drogi prowadzącej do Łucka. Powstała w II poł. XV w. lub na początku XVI w. Jest budowlą na planie prostokąta połączonego z owalem (wysunięta część owalna rozszerzała pole ostrzału). Pierwotnie była dwukondygnacyjna, a na początku XVII w. dobudowano renesansową attykę z otworami strzelniczymi. Grzebieniowa attyka wzbogaca surową formę budowli. W dolnej części znajduje się przejazd ozdobiony portalem z ciosanego kamienia. Na wewnętrznej stronie murów są widoczne otwory po belkach, które stanowiły podporę galerii strzelniczych. Charakterystyczny dla bramy jest krzyżowy układ strzelnic.

Zamek. Położony na skraju wzgórza, wznoszącego się nad rozciągającą się od południa równiną, otoczony był fosą, napełnianą wodą z przepływającej dołem rzeki Grabarki, dopływu Horynia.
W połowie XIV w. Daniel książę Ostrogski zbudował w Ostrogu, na miejscu dawnego grodu, nowy zamek. Był on własnością tej rodziny aż do XVII w. Wasyl zwany Pięknym rozbudował zamek w XV w. Został on zniszczony i odbudowany na początku XVI w. przez hetmana wielkiego litewskiego Konstantego. Dzięki przebudowie na przełomie XVI i XVII w. prowadzonej z inicjatywy Konstantego II, zyskał cechy architektury późnorenesansowej. Po śmierci w 1620 r. ostatniego z Ostrogskich, Janusza, wojewody wołyńskiego, zamek należał m.in. do Zasławskich, Lubomirskich, Sanguszków, Małachowskich, Jabłonowskich, którzy na początku XIX w. postawili w Ostrogu dwór, zamek bowiem był już w stanie ruiny. W drugiej połowie XIX w. przeszedł na własność rządu carskiego.
Zamek założony był na nieregularnym planie, którego zarys odtwarzał konfigurację terenu. W południowo-wschodnim narożniku wznosi się "wieża murowana", stanowiąca najstarszą część zamku. Wielokrotnie przebudowywana, osiągnęła postać masywnej, czworobocznej budowli, półkolistej od południowego wschodu, dwukondygnacyjnej od strony dziedzińca i trzykondygnacyjnej od strony zewnętrznej. Z trzech stron podpierają siedem potężnych skarp. W kondygnacji najniższej znajdowała się studnia, wyżej pomieszczenia mieszkalne i obronne. Z dziedzińca wiódł do wnętrza gotycki portal. W końcu XVI w. w południowo-zachodnim narożu zamku wybudowano "nową wieżę" w formie kolistej, od strony dziedzińca prosto ściętej, trzykondygnacyjnej baszty. W północnej części dziedzińca wzniesiono zapewne w XV-XVI w cerkiew Bogojawleńską. Budynek bramny z dzwonnicą postawiono w 1905 r. Żeliwne ogrodzenie na niskiej podmurówce do pewnego stopnia odtwarza dawny obwód murów. Jedynym ocalałym fragmentem zamkowych murów obronnych jest północna ściana cerkwi (widniała na niej data 1521).

09:31, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
 http://www.kurierbrzeski.com.pl/kb411/spol04.html

Zamki kresowe

- gród księcia Konstantego

 

Około 60 kilometrów na południowy wschód od Dubna nad rzeczką Wilią, która wpada tam do Horynia leży niewielkie miasteczko Ostróg.

Pierwsza wzmianka o Ostrogu pochodzi z 1100 roku, kiedy książęta ruscy dali go wraz z innymi dobrami Dawidowi - wnukowi Jarosława Mądrego, w zamian za księstwo włodzimierskie. W XIV wieku Ostróg był przedmiotem sporu polsko - litewskiego, który zakończył się włączeniem go do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Książę Lubart - syn Gedymina nadał Ostróg Danielowi Wasylkowiczowi, który jest protoplastą rodu Ostrogskich. Nadanie to zostało potwierdzone przez Władysława Jagiełłę, królową Jadwigę i księcia Witolda synowi Daniela —Fiodorowi. Był on wyznania prawosławnego, ale sprzyjał Kościołowi katolickiemu, sprowadzając do Ostroga zakon Dominikanów i przekazują mu jedną z cerkwi na świątynię katolicką. Książę Fiodor jest świętym Kościoła prawosławnego. Jego syn Wasyl wybudował zamek murowany w miejsce drewnianego i pierwszą drewnianą cerkiew p.w. Bogojawlenija. Potomek tej linii Ostrogskich postawił w Ostrogu cerkiew murowaną i jest uważany za budowniczego i dobroczyńcę miasta. Największy rozkwit Ostroga przypada na okres jego panowania w latach 1463 - 1533.

W Ostrogu mieszkało wielu Żydów, którzy trudnili się głównie handlem zbożem. Na początku XVI wieku książę sprowadził tam jeńców tatarskich, z których utworzył tzw. milicję zamkową. Prawa miejskie otrzymał Ostróg w 1528 roku. Liczne przywileje oraz nadania władców Polski i Litwy dla rodu Ostrogskich podnoszą znaczenie rodu i miasta. Książę Konstanty Ostrogski był wielkim hetmanem litewskim, odnosząc liczne zwycięstwa nad Moskwą i Tatarami. Był też znakomitym gospodarzem powiększających się włości, zakładał miasta, wznosił fortyfikacje, monastery i cerkwie. Obraz cerkwi Bogojawlenija z pięcioma kopułami stał się herbem Ostroga, którym miasto szczyci się do dzisiaj. Książę Konstanty dbał także o rozwój kultury i oświaty. Założył on w 1576 roku szkołę grecko - łacińską zwaną Akademią Ostrogską i drukarnię, z której wyszło pierwsze wydanie Biblii w języku starocerkiewno - słowiańskim. Nazwano ją Biblią Ostrogską.

Syn Konstantego - Janusz był katolikiem i w 1609 roku założył ordynację ostrogską. W 1624 roku przekształcił Akademię Ostrogską w kolegium jezuickie z konwiktem dla kształcenia niezamożnej młodzieży szlacheckiej. Konwikt,sowicie wspomagany przez Annę z Ostrogskich Chodkiewiczową, przetrwał do rozbiorów Polski. W 1648 roku Kozacy spalili Ostróg i odtąd liczy się powolny upadek jego znaczenia.

Władali nim kolejno Zasławscy, Lubomirscy, Sanguszkowie, części Małachowscy, zaś części Jabłonowscy. Ci ostatni wybudowali w Ostrogu nową rezydencję.

Warto w tym miejscu przypomnieć osobę księżnej Anny Pauliny Jabłonowskiej z rodu Sapiehów, która w wieku 22 lat w 1750 roku poślubiła Jana Kajetana Jabłonowskiego. Po śmierci męża, 16 lat później była zmuszona zająć się swoją wielką posiadłością, w skład której oprócz dóbr na Podlasiu (Kock, Wysokie Litewskie, Siemiatycze) i lubelskim, wchodził także Ostróg. Zasłynęła ona w kraju i za granicą z reform administracyjno - gospodarczych, które przyniosły spodziewane efekty. Była także w kierownictwie konfederacji barskiej. Pasją Anny Pauliny była polityka, ekonomia, przemysł i handel. Przyczyniła się walnie do wzrostu poziomu edukacji, opieki zdrowotnej i bezpieczeństwa publicznego. Swoje liczne doświadczenia w zarządzaniu dobrami zawarła w 8 - tomowym dziele p.t. „Zasady dla gubernatorów ziemskich. ( Ustawy poszechne dla dóbr moich rządców)”. To dzieło zostało wydane w latach 1783 - 85. Jej metodami był zainteresowany sam król Stanisław August Poniatowski. W swojej siedzibie w Siemiatyczach zgromadziła bogatą bibliotekę i założyła znany w Europie gabinet przyrody. Zmarła w 1800 roku w Ostrogu i została pochowana w tamtejszym kościele farnym. W czasie inwazji bolszewickiej jej zwłoki uległy profanacji i poważnemu zniszczeniu.

Staraniem obecnego proboszcza parafii rzymsko - katolickiej w Ostrogu ks. Witolda Kowalowa na dziedzińcu kościoła została odbudowana kapliczka Matki Bożej, a w jej podstawę wmurowano epitafium poświęcone Annie Paulinie Jabłonowskiej.

Po śmierci tej zasłużonej dla Ostroga osoby, na skutek złego administrowania zamek sprzedano rządowi rosyjskiemu. Wszystkie dzieła sztuki i cenne przedmioty po Jabłonowskich wywieziono do Petersburga.

Z zamkiem w Ostrogu wiąże się jeszcze jedna dramatyczna historia, znana może czytelnikom książek. W 1553 roku na zamek zbrojnie najechał Dawid Sanguszko, porwał 12 - letnią Halszkę, poślubił i wywiózł do Kaniowa. Stała się ona ofiarą niepohamowanej ambicji i tyranii swojej matki Beaty i kolejno poślubianych mężów. Po wielu latach dramatycznych zatargów osadzono ją w wieży zamku w Szamotułach z objawami obłędu. Zmarła w Ostrogu w 1583 roku. Jej tragiczny los stał się osnową powieści p.t. „Halszka z Ostroga”.

Do dziś zachowały się resztki zamku, podparte z zewnątrz potężnymi skarpami, z portalem i okrągłą basztą. Pięć kopuł odnowionej cerkwi Bogojawlenija błyszczy w słońcu. W zamku mieści się muzeum, a w nim sarmackie portrety właścicieli Ostroga. W jednym kącie niewielkiej salki muzealnej bieleją dwie niezwykłej piękności rzeźby z alabastru. Jedna z nich przedstawia Chrystusa złożonego do grobu, zaś druga siedzącą Matkę Bożą, trzymającą na kolanach swego Boskiego Syna. Ich piękność przypomina wspaniałą rzeźbę Pani Jazłowieckiej dłuta Oskara Sosnowskiego. Czyżby wykonała je ta sama ręka? Tam nie uzyskałam odpowiedzi. Może ktoś z czytelników wyjaśni tę zagadkę?

Do chlubnych tradycji Akademii Ostrogskiej próbują nawiązać obecne władze Ukrainy, tworząc w 1994 roku „Akademię Ostrogską”, którą w październiku 2000 roku przekształcają w Narodowy Uniwersytet „Ostrogska Akademia”. Uznaje się, że Akademia była pierwszą wyższą uczelnią w Europie wschodniej. Wielkie zasługi w jej rozwoju położył pracujący tu polski uczony, doktor nauk medycznych Jan Latosz. Dzięki niemu uważa się, że Akademia była pierwszą uczelnią na wschodzie, gdzie wykładano medycynę. Obecny Narodowy Uniwersytet współpracuje z uniwersytetami polskimi: jagiellońskim, białostockim i warszawskim, a także z Fundacją Inicjatyw Socjalno - Ekonomicznych i fundacją „Polska Oświata za Granicą”. Polega ona na wymianie studentów i doświadczeń, co stwarza grunt do przenikania się kultury wschodu i zachodu.

Kościół rzymsko - katolicki w obecnym kształcie został zbudowany w 1896 roku, po pożarze poprzedniego kościoła. Jest zbudowany w stylu neoklasycystycznym z kopułą i czterokolumnowym doryckim portalem. W czasie II wojny światowej i słynnych „czerwonych nocy” na Wołyniu, kościół i plebania stały się placówkami polskiej samoobrony. Jej dowódcą stał się o. Remigiusz Kranc. Po drugim wkroczeniu Sowietów do Ostroga, kościół zamieniono na magazyn ziarna, a ojciec Kranc znalazł się na Kołymie. Szczęśliwie ją przeżył i wszystko opisał w książce p.t. „W drodze z Ostroga na Kołymę” wydanej przez wydawnictwo „Wołanie z Wołynia”.

Ostoją żyjących w Ostrogu Polaków i katolików jest parafia p.w. Wniebowzięcia N.M.P. i jej oraz świątyni gospodarz ks. Witold Kowalów. Proboszczuje już wiele lat, a rodzinę ma w Poroninie. Ksiądz Witold pięknie odrestaurował kościół, odbudował dzwonnicę i barokową kapliczkę N.M.P., u której postawy umieścił epitafia ludzi zasłużonych dla Ostroga, jak wspomniana Anna Paulina Jabłonowska czy XVIII - wieczny proboszcz Ostroga, późniejszy biskup Franciszek Komornicki.

Wnętrze kościoła zdobią dwa pięknie odrestaurowane ołtarze ze zrujnowanej świątyni katolickiej w Międzyrzeczu Ostrogskim. Z siedmiu wspaniałych ołtarzy zdobiących niegdyś kościół w Międzyrzeczu, dwa są w Ostrogu, inne w kościele w Kuniowie i innych dźwigających się z ruin świątyń Wołynia.

Osobną pasją ks. Kowalowa jest działalność wydawnicza w wydawnictwie „Wołanie z Wołynia”.Wydano tam wiele cennych pozycji książkowych o Wołyniu i wybitnych ludziach np. „Wołyńskie Madonny” T. Kukiza czy „Ostróg - przewodnik krajoznawczy”, wydany z okazji 900 - lecia istnienia Ostroga czy też książki o ojcu Serafinie Kaszubie, kandydacie do chwały ołtarzy, lub ks. Władysławie Bukowińskim - współczesnych apostołach Wschodu. Ponadto ukazuje się dwumiesięcznik religijny „Wołanie z Wołynia” wydawany w języku polskim i ukraińskim. Tacy ludzie jak ksiądz Witold stoją tam na straży wiary i polskości żyjących tam Polaków. Zasługują oni na naszą pomoc i wdzięczną pamięć.

Nad portalem ostrogskiego kościoła widnieje złocony napis: „Sursum corda”. Jeśli Wołyń szczyci się takimi ludźmi jak o. Serafin Kaszuba, o. Remigiusz Kranc, ks. Władysław Bukowiński czy ks. Witold Kowalów - to rzeczywiście „Sursum corda” - W górę serca!

Alicja Zbyryt

09:22, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 listopada 2005

http://cooltura.korba.pl/ksiazki/ludzie_sztuki/felietony/9181,845,drukuj.html

OSOBNO

 
Przez mapę mediów w Polsce biegną we wszystkich kierunkach linie podziałów i rozgraniczeń. Zasada „nigdy razem” ma sto wcieleń. Najoczywistsze – nie zapomnieć o konkurencji. Jakże prezentować rywala, bodaj w przeglądzie prasy? Jakże podjąć temat rozpoczęty przez kogoś spoza klanu, tytułu, rodziny ideologicznej? Albo zaprezentować cudzy pomysł, cudze dokonanie z pochlebną opinią, kiedy to przeciwnik jako persona albo tytuł prasowy?

Magia podziałów jest tak czytelna, że można z zupełną pewnością zakładać się, w którym programie albo w którym tytule pewne nazwiska, twarze, osoby nigdy nie zagoszczą na zasadzie partnerskiej, albo o czym (temat, hasło, nazwisko, tytuł) dany autor na pewno wypowie się bez aprobaty (do wyboru: ironicznie, sarkastycznie, pogardliwie, z oburzeniem itp., itd.). Można również zestawiać bardzo precyzyjnie zespoły „swoich” – tych, o których nigdy inaczej niż z aprobatą. A wreszcie puste miejsca (tematy, fakty, nazwiska) skrzętnie omijane, bo zbyt niewygodne, niejednoznaczne albo rozbijające obowiązkowy schemat podziałów.

Czy są wyjątki? Ależ są, oczywiście, tylko zbyt mało widoczne. Dlatego między innymi, że nawet zauważenie tych wyjątków i ucieszenie się nimi – byłoby dla dziennikarskiego warsztatu zlekceważeniem jednej z zasad podziału: rywalizacji. Tym – a nie niechęcią „ideologiczną” – wolę np. tłumaczyć fakt, że w mediach katolickich, tych bardziej popularnych, wyjątkowo rzadko w przeglądach prasy goszczą miesięczniki – z reguły mądre, ważne, ciekawe i o wiele mniej, albo i wcale nie biorące udziału w sporach i walkach.

Oto jeden tylko cytat z malutkiego tekstu s. Małgorzaty Borkowskiej OSB w październikowym numerze „Więzi”. Dedykuję go nam, dziennikarzom: „Już w czasach apostolskich była pokusa, (...) żeby występnego wyłączyć, wykluczyć, nawet nie pozdrawiać, (...). Ten problem, niestety, z biegiem wieków wcale nie słabnie, a czasem ma się wrażenie, że nawet narasta. Iluż to wierzących katolików marnuje czas i energię na potępianie dzisiejszych celników i grzeszników, na udowadnianie, jak bardzo złe mają intencje, na dzielenie społeczeństwa, zamiast je łączyć. Budują gruby mur, i po tej stronie są oni, dobrzy, a po tamtej – sami paskudni. I to paskudni bez żadnych jaśniejszych stron, paskudni do szpiku kości”.

Dlatego też postanowiłam sobie przy najbliższej okazji położyć w gablotce prasowej pobliskiego kościoła „Wołanie z Wołynia”, skromną gazetkę parafialną zza wschodniej granicy. O ile bardziej przyjazną bliźnim niż niektóre nasze parafialne gazetki, nie wiadomo po co zajmujące się polityką, a nawet kryjące w sobie – niedawno – normalne ulotki przedwyborcze.

Józefa Hennelowa


Artykuł pochodzi z "Tygodnika Powszechnego" Nr 46 z dnia 17 listopada 2002 roku.

23:35, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

http://www.merlin.com.pl/frontend/towar/236102;jsessionid=A34FD5F6758599252BE89A7D56E0EBBC


Romuald Wernik

Habit i Nagan

- obrona Ostroga 1944

wydawnictwo: Atla 2, 2000
ISBN: 83-86882-24-7
liczba stron: 178
wymiary: 145 x 205 mm
okładka: miękka

"Wypadki opisane w tej książce są prawdziwe i miały miejsce w styczniu i początkach lutego 1944 roku. Wiele nazwisk bohaterów też jest prawdziwych, reszta zmyślonych. Autor był zmuszony do tego brakiem źródeł, które są bardzo skąpe i różnią się w detalach. Archiwum opisanych wypadków wpadło w ręce NKWD i jest niedostępne.
Głównym źródłem stał się pamiętnik O. Remigiusza Kranca, opublikowany w 1998 roku przez Ośrodek "Wołanie z Wołynia", ale i w nim, samej obronie Ostroga, poświęca nieżyjący już autor tylko 6 stron. Drugim jest jeden rozdział w maszynopisie "Wspomnień kresowiaka", także już zmarłego w Olsztynie Rajmunda Dżygało, który był uczestnikiem wypadków o których ta książka traktuje. Pisząc ją nie pisałem rozprawy historycznej, której opracowanie wobec braku źródeł jest niemożliwe. Chciałem po prostu przybliżyć czytelnikowi historię opisanego okresu w dostępnej, beletrystycznej formie, gdyż nie wszyscy czytają rozprawy historyczne. Na temat walki Kresów o ich polskość i gehenny ich ludności, wciąż jest ich zbyt mało. A opisane wypadki, są prawie nieznane i warte przypomnienia."
(Autor)

23:32, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

JEDNA   Z   NAJWIĘKSZYCH

 Od 1990 r. Równe ma ponownie stałego duszpasterza, którym jest ksiądz Władysław Czajka, będący jednocześnie dziekanem rówieńskiego dekanatu. Początkowo stworzona przez niego parafia usiłowała odzyskać zabrany przez władze sowieckie kościół p.w. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Antoniego, zamieniony na salę organową. Jego budynek mimo dewastacji w postaci zniesienia dwóch neogotyckich wież i przebudowy wnętrza był dobrze zachowany. Wierni  modlili się o jego zwrot, spotykając się na placu przed nim.  Ich wysiłki okazały się bezowocne, choć przed świątynią ustawili nawet krzyż... Władze chcąc załagodzić spór, przydzieliły parafii były kościół garnizonowy, w którym władze sowieckie urządziły salę sportową. By przywrócić mu sakralny wygląd, wierni musieli w nim przeprowadzić kapitalny remont. Wymieniono w odzyskanym obiekcie dach, wszystkie tynki, instalacje elektryczne i ogrzewcze. Wykonano podłogę. W pomieszczeniach dobudowanych do świątyni powstała plebania i dom zakonny sióstr. Zorganizowano też bibliotekę i sale katechetyczne. Zagospodarowano również teren przykościelny, na którym zainstalowano bazaltową Drogę Krzyżową oraz Wołyńską Ścianę Pamięci.
 W 1997 r. do parafii zostały sprowadzone relikwie s. Faustyny Kowalskiej, w związku z czym rozwija się w niej kult Miłosierdzia Bożego. Od 1998r. dla jej świątyni ustawiony został drugi tytuł- Miłosierdzia Bożego. W parafii rówieńskiej żywa jest też pamięć o Słudze Bożym o. Serafinie Kaszubie OFM Cap. Już w 1993 r. w rewaloryzowanej świątyni umieszczona została tablica pamiątkowa ku jego czci.
 Rówieńska wspólnota systematycznie się rozwija i należy obecnie do największych w diecezji łuckiej. Liczy około dwóch tysięcy wiernych. W większości są to Polacy lub ludzie o polskich korzeniach. Coraz częściej wiernymi parafii stają się również rdzenni Ukraińcy. Dlatego też w duszpasterstwie w parafii używa się dwóch języków: polskiego i ukraińskiego. Przebywając kilka dni w jej gościnie od razu można się zorientować, że tętni ona życiem i nie różni się wiele od miejskich parafii w Polsce. Powstało w niej całe multum wspólnot, obejmujących zasięgiem swego działania różne grupy wiekowe. Istnieją w niej m.in. cztery wspólnoty neokatechumenalne, oddział „Caritas”, rodzina Colping, ruch „Domowy Kościół”, Kółka Różańcowe, oaza dzieci , ministranci i kilka chórów, w tym: dziecięcy, młodzieżowy, dziewczęcy i dorosłych. Prężne są dwie drużyny harcerskie. Przy parafii istnieje świetlica dla dzieci. Sporo osób korzysta też z biblioteki parafialnej.
 Księdza Czajkę w codziennej posłudze wspiera pochodzący podobnie jak on z diecezji lubelskiej ks. Grzegorz Draus, a także Siostry Opatrzności Bożej. Ksiądz Grzegorz pracuje z młodzieżą oraz za zgodą władz odwiedza osadzonych w kilku okolicznych więzieniach. Siostry opiekują się chorymi i zajmują się chórami. Prowadzą też katechezę.
 Tak jak pod koniec XIX wieku parafia w Równem stała się ośrodkiem dekanatu diecezji łuckiej, który swym zasięgiem, oprócz przedwojennego, objął też dawne dekanaty: dubieński, korzecki, kostopolski, ostrogski, sarneński, włodzimierzecki i część beresteckiego czyli cały obwód równieński.
 Parafia jest dobrze postrzegana w mieście, co w dużej mierze jest zasługą  ks. Władysława Czajki, który stara się  unikać wszelkich konfliktów i ze wszystkimi żyje w zgodzie. Jest to bardzo ważne, bo sytuacja religijna w mieście jest dość skomplikowana. Działa w nim całe multum wspólnot chrześcijańskich. Nie tylko należących do Kościołów prawosławnych różnych opcji, ale również do konfesji protestanckich. Ksiądz Władysław bierze udział m.in. w Międzykościelnej Radzie Duchownych, która spotyka się dla omówienia różnych problemów. Odbywają się one raz w miesiącu w innej wspólnocie. W ich trakcie uczestnicy nie tylko  uzgadniają wspólne pociągnięcia i sposób ich realizacji, ale także modlą się i rozważają  Słowo Boże. Zewnętrznym przejawem ich współpracy jest chociażby „Dzień modlitw za miasto” czy „Marsz Jezusa”, w których biorą udział przedstawiciele wszystkich wyznań.
 Ksiądz Władysław nie spoczywa rzecz jasna na laurach i stara się rozwijać rówieńską wspólnotę zarówno pod względem materialnym , jak i duchowym. W budowie jest m.in. dom parafialny, który w tym roku  powinien stanąć w stanie surowym. Znajdą w nim siedzibę wszystkie grupy i ruchy skupiające w swych szeregach kilkaset osób. Z trudem mieszczą się one bowiem w dotychczasowych obiektach  i nie maja się gdzie spotykać. Ksiądz Władysław ma nadzieję , że w realizacji tej inwestycji będzie go wspierał Społeczny Komitet  Pomocy Parafii w Równem na Wołyniu, działający w Janowie Lubelskim, wydający m.in. kwartalnik „Wołyń bliżej”, redagowany przez  Krystynę Wojciechowską.
 Nowy dom parafialny z pewnością pomoże księdzu Władysławowi zdynamizować jeszcze bardziej duszpasterstwo i prowadzić więcej ludzi do Boga. Zdaje sobie on bowiem doskonale sprawę, że wiernych wprawdzie przybywa, ale ich świadomość religijna nie jest zbyt wielka. Czasy sowieckie pozostawiły po sobie wielkie spustoszenie moralne, które wciąż odbija się czkawką. Większość rodzin żyjących w Równem , a także należących do parafii jest rozbitych. Wywodzące się z nich dzieci nie cenią wartości życia rodzinnego. Brak im ideałów. Ojciec dla nich nie jest żadnym autorytetem. Wiele problemów nastręcza również sytuacja ekonomiczna, która wciąż nie może się ustabilizować. Rośnie ogromne rozwarstwienie społeczne. Niewielka grupka bogaczy pławi się w luksusach, a reszta klepie biedę z trudem wiążąc koniec  z końcem . Masa ludzi, w tym również członków parafii, wyjeżdża na Zachód, by pracując na czarno zarobić na utrzymanie rodziny. Bardzo często jednak to korzystne z pozoru rozwiązanie przynosi odwrotny skutek. Niezwykle często bowiem jedno ze współmałżonków wyjeżdżających do pracy w Portugalii, Hiszpanii czy Grecji znajduje sobie nowego towarzysza życia. Część z nich  w ogóle nie wraca na Ukrainę, a ci co na to się decydują zawierają nowy związek, powodując rozbicie rodziny. Często zdarza się również, że wyjeżdżający za granicę po powrocie z dużą odłożoną sumą pieniędzy nie mają do kogo wracać, bo ich miejsce zajął kto inny...Skala tego zjawiska jest zaś ogromna. W ostatnim spisie ludności bardzo wielu obywateli Ukrainy zapadło się jak kamień w wodę... (W skali całego kraju  zabrakło około ośmiu milionów osób). Księdza Władysława zjawisko to niepokoi tym bardziej, że jeżdżąc wieczorem po Równem widzi również coraz więcej nocnych klubów, których funkcjonowanie także nie służy umacnianiu moralności tutejszego społeczeństwa. Raczej odwrotnie...
 Rówieński proboszcz  mimo wszystko jest jednak optymistą.
 -Na każdym kroku spotykam tutaj wartościowych ludzi, dla których naprawdę warto pracować – podkreśla. – Są oni  zwiastunem nowego pokolenia chrześcijan, które będzie żyć Ewangelią.
 Już teraz zresztą ks. Czajka ma się czym pochwalić. Dochował się już m.in. dwóch księży, przebywających na studiach doktoranckich w Rzymie. Pięciu kolejnych kleryków kształci się w Wyższych Seminariach Duchownych. To dobry prognostyk na przyszłość...Powołania są przecież świadectwem rosnącej religijności.

Marek A. Koprowski
„Wołynia dzień dzisiejszy”,
Biały Dunajec – Ostróg 2004, s.17-21.  

23:08, kovaliv
Link Komentarze (1) »

Dzieje

Polskiego

Teatru

na Wołyniu

Sofija Kuczerepa zaprasza nas do poznania łuckiego Teatru Miejskiego im. Juliusza Słowackiego i objazdowego Teatru Wołyńskiego, które ukazywały widzom świat sztuki teatralnej w latach 20. i 30. XX wieku. We wstępie autorka, ujawnia nam tajemnicę ukazania się pracy pisząc: „Do napisania tej książki natchnęła mnie miłość do teatru, zainteresowanie jego historią... i jeszcze pragnienie odnowienia sprawiedliwego obrazu działalności teatru w naszym mieście”.

Wszakże rzeczywiście czas niepodległości dał możliwość zobaczenia prawdziwych kart historii naszego kraju. Ale na fali ogólnej euforii często się zdarza, że my szukając sensacji, badamy najznaczniejsze wydarzenia polityczne, niezwykłe osobistości, które kardynalnie zmieniały otaczającą ich rzeczywistość. W ten sposób przy tym wszystkim nie zauważamy wydarzeń, osób, które po prostu żyły, rozbudowywały kraj, sprzyjały jego rozwojowi ekonomicznemu i kulturalnemu, tzn. stabilnemu i zwyczajnemu (w pełnym rozumieniu tego słowa) życiu.

Okres międzywojenny na Wołyniu jest czasem, które niejednoznacznie jest oceniany przez różnych uczonych. Dlatego jeszcze większą uwagę należy przykładać do badań nad życiem kulturalnym, jakie było podstawą wychowania estetycznego i moralnego ówczesnej młodzieży. Za zasługę Sofiji Kuczerepy można uważać ten fakt, że badaczka spróbowała zaprzeczyć istniejącej tradycji o pierwszym teatrze w Łucku, przywołując realne przykłady dwóch teatrów, które powstały wcześniej od włączenia tego regionu w skład Ukrainy radzieckiej w 1939 roku. Swój wykład podała ona w kontekście ówczesnego życia kulturalnego, a w szczególności życia teatralnego Wołynia. Właśnie tym problemom poświęcony jest pierwszy rozdział pracy – „Teatr w II Rzeczypospolitej”.

Ciekawymi są umieszczone w tekście ilustracje ze zbiorów Archiwum Państwowego Obwodu Wołyńskiego i Wołyńskiego Muzeum Krajoznawczego. Są to fotografie zespołów aktorskich, różnorodnych scen z poszczególnych sztuk oraz afisz teatralny. Opisując aktorski skład teatrów, ich repertuar, źródła finansowania i inne aspekty funkcjonowania teatru miejskiego i teatru objazdowego, autorka ukazała problemy, które musiały podołać zespoły teatralne. Przede wszystkim to były trudności finansowe, które np. spowodowały likwidację teatru miejskiego w 1926 roku. Podsumowując swoją pracę Sofija Kuczerepa nie zapomniała przypomnieć sylwetki utalentowanych dyrektorów wołyńskiego teatru objazdowego (nb. teatr ten został nazwany przez nią symbolem kultury Wołynia) – dzięki nim teatr rozwijał się, podciągał swoją profesjonalność i pracował bez deficytu.

Zachęcam wszystkich nieobojętnych – czy interesuje Was teatr czy historia czy dawna sława Wołynia – zapoznajcie się z pracą Sofiji Kuczerepy „Polski teatr na Wołyniu”, wydanej dzięki poparciu Konsulatu Generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Łucku. I nie będziecie żałować, że zagłębicie się w świat sztuki, w świat teatru i jego dawnej wspaniałości.

Inna Szostak

Z ukraińskiego przełożyła Łucja Zalewska

Кучерепа С.М. “Польський театр на Волині”. – Луцьк: ВМА “Терен”, 2005. – 116 с.; іл.

[“Wołanie z Wołynia” nr 4 (65) z lipca-sierpnia 2005 r., s. 41-42.]

23:01, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

JESZCZE  

O   WIELKIM   GŁODZIE

Musze powiedzieć że z wielką ciekawością i smutkiem przeczytałem o Pani Bronisławie. To przypomniało mi moje dzieciństwo kiedy słyszałem o tym głodzie. Pamiętam, że mieliśmy kuzynkę w Szepetówce i tam mama posyłała jej pieniądze żeby mogła sobie kupić żywność. Suma jak na owe czasy była duża $10.00 nie licząc kosztów przesyłki, które chyba były 50% wartości a chyba i więcej. Dla obecnego pokolenia wyjaśnię, że wówczas dolar kosztował ponad 9 złotych, a   kilo cukru kosztowało złotego, a nie pamiętam już gdzie czytałem, że wówczas urzędnik pocztowy zarabiał koło 150 złotych miesięcznie.
 Za tę sumę kuzynka kupiła bardzo niewiele i prosiła żeby jej więcej nie posyłać pieniędzy, bo nie chciała wspomagać systemu, który się na tym bogacił. Wiem że posyłaliśmy paczki żywnościowe, ale to było tez szalenie utrudnione bo musiały być zaszywane w płótnie, lakowane etc. i koszt przesyłki był bardzo wysoki.
 Tak obecnie Ukraińcy narzekają jak to im było źle na terenach Rzeczpospolitej. Warto im przypomnieć, że jak by się udało te tereny przyłączyć do Sowietów, nad czym tak „wytrwale” pracował ojciec Michnika, to by podzielili losy współbraci z za Zbrucza. Jestem ciekaw dlaczego tego tematu nigdy nikt nie porusza, a warto by było to sobie przypomnieć.

Stanisław Szybalski
julsta@comcast.net


29 listopada 2005 roku

17:15, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

http://www.naszdziennik.pl/

WIELKI   GŁÓD  

NA   UKRAINIE

Wielkiego Głodu 1932-33 r., okrutnej zbrodni ludobójstwa reżimu stalinowskiego. Chyba nie ma takich słów, które potrafiłyby wyrazić mękę ofiar, których liczbę szacuje się na 7-9 mln. Tyle osób bolszewicy potrafili zabić głodem z przebiegłością szatańską. To zbrodnia wołająca o pomstę do nieba, a zarazem niesprawiedliwość historyczna. Hitleryzm i jego oprawcy zostali osądzeni i straceni w Norymberdze. A liderzy komunistyczni do dzisiaj nie ponieśli żadnej odpowiedzialności – nawet moralnej.
Jeszcze 20-25 lat temu w Związku Sowieckim zaprzeczano faktowi Wielkiego Głodu 1932-33 r. na Ukrainie. W latach 30. zachodni intelektualiści (w większości lewicujący) nie wierzyli, że w ogóle głód może mieć miejsce w państwie chłopo-robotniczym. Na przykład Bernard Shaw, który przebywał na Ukrainie podczas Wielkiego Głodu, po przyjeździe do Anglii opowiadał publicznie o najedzonych do syta i zamożnych chłopach ukraińskich! Gdy świadkowie strasznego głodu na Ukrainie przedostawali się w niepojęty sposób na Zachód i opowiadali prawdę o tym, jak chłopi umierają z głodu, nie wierzono im. Prawda mogła przeszkodzić dobrym relacjom Zachodu z Sowietami.
Dopiero w latach 80., gdy prezydent USA Ronald Reagan określił ZSRS mianem imperium zła, na Zachodzie zaczęto bardziej trzeźwo patrzeć na Kraj Rad. Dwaj historycy Robert Conquest i James Maise zebrali świadectwa i dokumenty o specjalnie zorganizowanym głodzie na Ukrainie Sowieckiej. Politycy zachodni i sam prezydent Reagan mówili z trybun światowych o strasznym zjawisku, jakim był bolszewizm, którego istotę wymownie ilustruje sztuczny głód 1932-33 r. Natomiast ukraińscy komuniści nawet dziś zaprzeczają, że w tych latach panował głód. Gdyby reżim komunistyczny został sprawiedliwie osądzony na Ukrainie i w Rosji, chyba nie odważyliby się tak kłamać.

Polacy i Ukraińcy przeszkadzali bolszewikom
Panują różne opinie, dlaczego Stalinowi był potrzebny głód w takiej skali. Jeżeli jednak popatrzeć na postępowanie wodza Bolszewii od końca lat 20., to widać, że sztuczny głód był praktyczną kontynuacją jego działań prowadzonych z żelazną logiką szatańskiego systemu. W partii zwyciężył kurs stalinowski, czyli idea eksportu rewolucji proletariackiej na bagnetach Armii Czerwonej. W tym celu przed kierownictwem kremlowskim stanęło zadanie szybkiej industrializacji i militaryzacji całego Kraju Rad. Społeczeństwo sowieckie zostało podzielone na klasy. Według Karola Marksa, najbardziej zacofanym i niepewnym klasowo elementem byli chłopi.
W okresie wojny domowej 1918-1920 r. chłopi ukraińscy szczególnie mocno zademonstrowali postawę wrogą internacjonalizmowi bolszewickiemu. Także Polacy zamieszkali na wsiach, przede wszystkim obwodu żytomierskiego, winnickiego, chmielnickiego, byli dla komunistów elementem wrogim i reakcyjnym. Niebagatelne znaczenie miał także fakt, że najdłuższą granicę zachodnią ZSRS posiadał z Polską. Dlatego w planach sztabu generalnego Armii Czerwonej zwycięskiej ofensywy Armii Czerwonej na Zachód zamieszkujący te regiony chłopi byli uważani za przeszkodę, którą należy usunąć.
Realizacja diabelskiego planu potrzebowała diabelskich metod. Na początku lat 30. chłopi na Ukrainie Sowieckiej stanowili 80 proc. całej populacji. Część z nich zachęcano do wyjazdu do miast, do pracy w przemyśle ciężkim. Tych mniej świadomych trzeba było zapędzić do kołchozów. Szczególnie ważne dla bolszewików było kontrolowanie chłopów blisko granicy polskiej. W okólniku czekistów GPU (Główny Polityczny Urząd) z tych lat można znaleźć wypowiedź chłopów ukraińskich, że lepiej żyć pod Polakami niż pod Żydami. Dlatego tak zależało komunistom sowieckim na sterroryzowaniu wrogiej klasy chłopskiej. W tym celu trzeba było przeprowadzić kolektywizację i zniszczyć najlepszych i najpracowitszych gospodarzy, zwanych w języku bolszewików kułakami.
Wykonanie tego diabelskiego planu Józef Stalin polecił Wiaczesławowi Mołotowowi (prawdziwe nazwisko Skriabin) – bezwzględnemu czerwonemu biurokracie. Nad całą akcją czuwał wódz światowego proletariatu. W tym samym czasie jego gruziński ziomek – komisarz Ordżonikidze przeprowadzał industrializację kosztem sowieckich chłopów. Aktywnie pomagał w tym Zachód, licząc na duże zyski ze wzrostu potencjału przemysłowo-militarnego ZSRS. Za wsparcie bolszewicy hojnie płacili Zachodowi złotem, platyną, diamentami.
W ciągu paru lat komuna roztrwoniła wielowiekowy dorobek narodów Związku Sowieckiego. Plądrowano cerkwie, kościoły, pałace i muzea. Równocześnie zwiększano eksport węgla, ropy naftowej, bawełny, drewna, rudy niklowej i zboża do Niemiec i Wielkiej Brytanii. Stalin starał się za wszelką cenę uczynić z ZSRS potęgę nr 1, a potem zawładnąć całym światem.

Diabelscy władcy życia i śmierci
Od 1927 r. Stalin forsował kolektywizację na wsi, bacząc na brak elementarnych podstaw do jej realizacji. Przebudowa struktur rolnictwa z prywatnego na kolektywne doprowadziła do prawdziwej wojny z chłopstwem – wszędzie stosowano przymus, aby chłop szedł do kołchozu.
W czasie akcji szczególnie pamiętano o Ukrainie, która zawsze była spichlerzem Rosji. Aby zniszczyć od podstaw wielowiekowy układ wsi ukraińskiej, trzeba było najpierw zlikwidować najbardziej niepokornych i odważnych, wśród których było dużo Polaków. Pisarz rosyjski Wasilij Grossman (1905-1964 r.) tak opisywał początek kolektywizacji: "Obwód przysyłał plan - liczbę kułaków - do rejonów, rejony dzieliły swoją liczbę na rady wiejskie, a rady już układały listy. I podług tych właśnie list zabierano kułaków. A kto te listy układał? Trójki. Jakieś mętne typy wyznaczały, kto ma żyć, a kto umierać... Dzikie zwierzęta nie są najstraszliwsze. Najgorsi byli ci, co na cudzej krwi chcieli się bogacić, krzyczeli o uświadomieniu, a załatwiali własne porachunki i kradli. Ludzi niszczyli dla własnej korzyści, dla gratów, pary butów, a zniszczyć człowieka jest łatwo - napisz na niego, podpisu nawet nie trzeba, że wynajmował parobków, którzy na niego pracowali, że miał trzy krowy, i gotów kułak.
Myśleliśmy, że nie ma gorszego losu od tego, co spotkał kułaków. Pomyliliśmy się! Topór spadł na ludzi wiejskich, od małego do najstarszego."
Po rozkułaczeniu zasiewy bardzo się zmniejszyły, urodzaje zrobiły się liche. A w sprawozdaniach i prasie sowieckiej podawano, że życie bez kułaków od razu rozkwitło. Z Moskwy szły nowe polecenia rządowe: zabierać wszystko u chłopów, również cały zapas nasion w 1932 roku.
Polka Zofia Grońska, urodzona w 1912 r., nauczycielka-polonistka, która była świadkiem tych strasznych czasów wspomina: "W okresie kolektywizacji i głodu mieszkałam w Winnicy. Dojeżdżałam z miasta do szkół we wsiach przeważnie zasiedlonych przez Polaków – Terespol, Telepeński, Skarżyńce. Już wiosną 1931 r. niektóre rodziny polskie w tych wsiach cierpiały głód, ale wtedy jeszcze można było kupić żywność na bazarach, chociaż kosztowało to drogo. A w 1932 r. brygady aktywistów partyjnych i komsomolskich chodziły po chatach i zbierały zboże i artykuły żywnościowe. Biedne rodziny chowały ziarno, mąkę i kaszę. Wkładały to do dużych garnków i zakopywały na podwórkach i w ogrodach. Aktywiści wiejscy chodzili z długimi prętami żelaznymi i przetykali ziemię, aby znaleźć zakopankę. Wszystko znalezione zsypali do worków, a potem ładowali na furmanki. Potem długi sznur furmanek wiózł skonfiskowaną żywność do Winnicy, a potem do Moskwy. Wiosną 1933 r. zaczął się u nas straszny głód. Już nie było gdzie co kupić. Ludzie zaczęli padać z głodu. Umierali całymi rodzinami. Zwłoki leżały na drogach, podwórkach - nie było komu martwych grzebać. Wiejskie chaty stały puste. Potem zaczęli przyjeżdżać ludzie z Rosji zasiedlać te wsie."
Pani Grońska, mieszkająca teraz w Kijowie, pamięta rodziny polskie w obwodzie winnickim, które zostały przez bolszewików zamorzone głodem i umarły w strasznych mękach. To rodziny Błońskich, Bonsiewiczów, Konarskich i Zdębskich.
We wspomnieniach Wasilija Grossmana czytamy: "W dzień i w nocy skrzypiały wozy - kurz się unosił nad ziemią, a elewatorów nie było. Zsypano ziarno prosto na ziemię, naokoło chodzili uzbrojeni wartownicy. Ziarno przed zimą zwilgotniało na deszczu, zaczęło gnić. Nie starczyło władzy radzieckiej brezentów, żeby chłopski chleb przykryć... Zrozumiałem wtedy: najważniejszy dla władzy radzieckiej jest plan. Najważniejsze jest państwo. A ludzie to po prostu zero, ludzie to nic...
Potem nadeszła jesień, potem zima. A chleba jak nie ma, tak nie ma. I w centrum rejonowym nie można kupić, bo wprowadzili kartki. I na dworcu w kiosku nie kupisz, bo zmilitaryzowano, straż nie puszcza. A komercyjnego chleba nie było. Na jesień wszyscy rzucili się na ziemniaki, bez chleba szybko poszły. A przed Bożym Narodzeniem zaczęli rżnąć bydło. Ale mięso na kościach marne, chude. Kury wyrżnęli oczywiście. Mięso szybko zjedli, ani kropli mleka nie było i w całej wsi nie dostałbyś ani jednego jajeczka. Najgorsze to brak chleba."
Władza sowiecka traktowała chłopów na Ukrainie, szczególnie na początku lat 30., gorzej niż bydło. Nie było miejsca na litość w nowym społeczeństwie komunistycznym. Ludzie ginęli w strasznych mękach głodowych, a w tym samym czasie Stalin sprzedawał za granicę 5 mln ton zboża rocznie. Nawet niewielka jego część wystarczyłaby, aby uratować od śmierci chłopów na Ukrainie. Zastanawiające jest jednak, że nie zanotowano ani jednego aktu oporu czy sprzeciwu wobec cynicznych oprawców.

"Straszne zaczęły się czasy"
"Matki patrzą na dzieci i ze strachu zaczynają krzyczeć. Krzyczą, jakby żmija wpełzła do domu. A ta żmija to śmierć, to głód. Wieś została sama - naokoło pustynia i głodni ludzie w chatach. Państwo radzieckie porzuciło głodnych. Na wszystkich drogach poustawiali wojsko, milicję, NKWD: nie wypuszczają głodnych ze wsi, nie dają iść do miasta. Naokoło dworców, na najmniejszych przystankach straże: nie ma dla was, karmicieli, chleba". (W. Grossman)
Wieści o szalejącym głodzie na Ukrainie przedostawały się na łamy prasy zachodniej. Zaczęto organizować komitety pomocy głodującym w ZSRS, jednak bolszewicy odmawiali jej przyjęcia, aby nie zdyskredytować w opinii światowej reżimu sowieckiego - państwa chłopów i robotników (o ironio!). Imperium niewolników i niewolnictwa jeszcze próbowało zachować twarz.
Znowu przytoczę słowa Wasilija Grossmana, opisującego koszmar obywateli państwa powszechnego szczęścia i demokracji ludowej: "Dzieci nie śpią, krzyczą - w nocy proszą o chleb. Ludzie twarze mają ziemiste, oczy zamglone, pijane. Chodzą senni, chwieją się z głodu, drogę nogą wymacają, ręką trzymają się ściany. Zaczęli mniej z domu wychodzić - leżą ciągle. I ciągle im się majaczy, że wozy skrzypią - to z centrum rejonowego Stalin przysłał mąkę, żeby dzieci ratować. Wtedy już nie zostało na wsi psów ani kotów - wszystkie zjedzono. Gotowano je - same kości i żyły, ze łbów baby robiły galaretkę. Śnieg stopniał, ludzie zaczęli z głodu puchnąć - twarze mieli obrzękłe, nogi jak poduszki, w brzuchu woda, ciągle się moczą - nie zdążą wyjść na dwór. A dzieci? Twarze jak u staruszków udręczone, jak gdyby te maluchy przeżyły na świecie siedemdziesiąt lat. Na wiosnę niepodobne już były do ludzkich twarzy, ale do ptasich łebków z dziobkiem albo do żabich mordek. Tak, twarze miały nieludzkie. A oczy, wielki Boże! Towarzysz Stalin, czyś ty widział te oczy?
Ze wsi pełznie chłopstwo w kierunku kolei i miasta. Na dworcach kordony, wszystkie pociągi rewidują. Na drogach wszędzie posterunki - wojsko, NKWD, a jednak przedostają się głodni do Kijowa - pełzną przez pola, ugory, bagna, lasy, byleby ominąć posterunki na drogach. Na całej ziemi nie można postawić straży. A już chodzić nie mogą, tylko pełzną. W mieście ludzie się spieszą do swoich spraw, a głodni pełzną wśród przechodniów - dzieci, starzy, chłopi, dziewczyny - i wydaje się, że to wcale nie ludzie, ale jakieś wstrętne stworzenia na czterech nogach. Tylko szczęściarze dopełzli do miasta, jeden na dziesięć tysięcy. Ale i tam nie było dla nich ratunku. Leży człowiek głodny na ziemi, syczy, prosi, a jeść już nie może, kawałek chleba rzucony leży obok, a on już go nie widzi, nic nie widzi, dogorywa. Z rana na ulice Kijowa wyjeżdżały konne platformy, zbierano tych, co w nocy umarli...
Niektórych ogarniało szaleństwo. Ci już do końca nie mogli się uspokoić. Można ich było poznać po oczach - błyszczą im oczy. Tacy właśnie martwych rozbierali na kawałki i gotowali, własne dzieci zabijali i jedli. Podobno takich ludzi, ludożerców, rozstrzeliwano wszystkich co do jednego. A nie oni byli winni przecież, winni byli ci, którzy matkę doprowadzili do tego, że własne dzieci zjadała. Ale czy można znaleźć winowajców, gdzie byś nie pytał. To dla dobra, dla szczęścia ludzkości doprowadzali matki do tak strasznych rzeczy."
Raporty konsulów zachodnich potwierdzały w 1933 r. fakt Wielkiego Głodu. Na przykład doniesienia konsula niemieckiego w Charkowie opisywały nieludzkie rozmiary tragedii chłopów ukraińskich. W jednym z wstrząsających raportów (26.04.1933 r.) konsul generalny popierał plan przesłania pomocy z Niemiec. Ale Stalin nie przyznawał się do głodu na Ukrainie. Naród głodował, a na Zachód nadal szły eszelony ze zbożem sowieckim. Militaryzacja ZSRS była ważniejsza niż życie milionów ludzi, zamordowanych sztucznie wywołanym głodem.
Czy ktoś kiedyś odpowie za zastępy ofiar reżimu komunistycznego? Na razie w Kijowie obok nowo odbudowanego Soboru Mychajliwśkoho stoi mały skromny pomnik ofiar Wielkiego Głodu na Ukrainie. Taki niezauważalny, jak męka milionów chłopów w 1933 r.

Eugeniusz Tuzow-Lubański,
Kijów

[„Nasz Dziennik” – Piątek, 15 grudnia 2000 r.]

17:02, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2005

PANI   BRONISŁAWA

 Lwów. Któregoś wieczora ksiądz Ludwik Kamilewski zabiera mnie do swojego domu. Mieszka z matką i właśnie chce, abym ją poznał.
 Pani Bronisława jest starszą kobietą o ciepłej, dobrotliwej twarzy. Pochylona, dźwigająca niewidoczny ciężar, mówi spokojnym, zrównoważonym głosem, jakby to, co opowiada, dotyczyło jej, ale w jakimś innym wcieleniu, z którym ona, ta, która teraz siedzi przede mną, nie ma już właściwie wiele wspólnego. Kiedy myślałem o niej później, przypomniało mi się zdanie starego Paula Claudela: „Patrzę na swoje dawne życie jak na oddalającą się wyspę”. Szalone przyspieszenie i przemienność historii, co jest istotą czasu, w którym żyjemy, sprawia, że w wielu z nas żyje jednocześnie kilka postaci, niemal obojętnych sobie, a nawet nawzajem sprzecznych.
 Pani Bronisława urodziła dziesięcioro dzieci. Sześcioro z nich umarło na jej rękach z głodu. Jest ona kobiecym wcieleniem Hioba, Hioba epoki Wielkiego Głodu. To, że właśnie ona - kobieta - przeżyła ów kataklizm, potwierdza tylko tę prawdę, że Wielki Głód pochłonął najwięcej ofiar spośród dzieci i mężczyzn. Kobiety okazały się stosunkowo najsilniejsze, najbardziej odporne. Jaki ten Pan Bóg dobry, mówi w pewnej chwili pani Bronisława, że on mnie tyle dał siły!
 Tu, w małym mieszkanku, oglądam sceny Wielkiego Głodu oczyma matki księdza Ludwika (ksiądz jest jej najmłodszym dzieckiem). Nie pytam ani o imiona, ani czy istnieją ich mogiłki, bo myślę, że nie powinienem pytać o nic i słuchać tylko tego, co będzie mi zwierzone.
 Najpierw krótko o historii Wielkiego Głodu: Na początku 1929 roku XVI Konferencja WKP(b) zatwierdza program powszechnej kolektywizacji. Stalin postanawia, że do jesieni 1930 roku całe chłopstwo w jego państwie (co oznacza wówczas trzy czwarte społeczeństwa, ponad sto milionów ludzi) ma znaleźć się w kołchozach. Ale chłopi nie chcą wstępować do kołchozów. Wówczas Stalin dławi ich opór dwiema metodami. Setki tysięcy chłopów osadza w łagrach albo przymusowo wywozi i osiedla na Syberii, resztę chce zmusić głodem do posłuszeństwa.
 Główny cios spadł na Ukrainę, na tę ziemię, gdzie we wsi Burtyn, powiat Szepetówka, mieszkała ze swoim mężem Józefem i z dziećmi pani Bronisława.
 Formalnie rzeczy przedstawiały się tak: Moskwa ustaliła dla każdej wsi wysokość obowiązkowych dostaw dla państwa zboża, ziemniaków, mięsa itd. Rozmiary tych dostaw były znacznie większe niż wszelkie realne plony i zbiory osiągane na tych ziemiach. Zrozumiałe, że chłopi nie byli w stanie wykonać narzuconego im planu. Wówczas siłą, zwykle - siłą militarną, zaczęto odbierać im i konfiskować wszystko, co było na wsi do zjedzenia. Chłopi nie mieli co jeść i nie mieli co siać. Od roku 1930 zaczął się masowy i śmiertelny głód, który trwał przez siedem lat, zbierając najbardziej ponure żniwo w 1933 roku. Większość demogafów i historyków jest dziś zgodna, że w tych latach Stalin uśmiercił głodem około dziesięciu milionów ludzi.
 „Straszne i różnorodne są postacie głodu. Głód stał się regułą życia. W całym kraju tylko jednostki miały dostateczną ilość pożywienia. Byli to najwyżsi przywódcy oraz ludożercy. Ale obie te kategorie stanowiły znikomą część społeczeństwa. Miliony głodnych były gotowe na wszystko, byle dostać kawałek chleba... Głód rozdzielał ludzi. Wielu z nich utraciło zdolność współczucia, chęć pomocy innym. Na zdjęciach z tego okresu widzimy ludzi przechodzących obojętnie obok leżącego w rynsztoku dziecka, widzimy kobiety, które rozmawiają spokojnie obok walających się na drodze trupów, widzimy woźniców rozsiadłych na wozach, z których wystają martwe ręce i nogi... Sześcioletnia Tania Pokidko zerwała na grządce sąsiada - Hawryły Turko główkę czosnku. Ten zbił ją tak, że kiedy dowlokła się do domu - umarła. Jej ojciec - Stiepan, były czerwony partyzant, wziął czworo swoich opuchłych już z głodu dzieci i poszedł do władz powiatowych prosić o pomoc. Kiedy mu odmówiono, powiedział do sekretarza rady powiatowej, Połońskiego: „Lepiej je zjedzcie, niż mam patrzeć, jak się męczą”. I powiesił się na drzewie przed budynkiem rady. Chłopka Fedorczuk zlitowała się nad dziećmi sąsiada - sześcioletnim Mykołą i dwuletnią Olą, i obiecała, że będzie im dawać po kubku mleka dziennie. Ale dzieci mleka nie dostawały, gdyż ich ojciec powiedział żonie: „U wszystkich sąsiadów dzieci dawno pomarły, dlaczego mamy karmić nasze? Trzeba ratować się samemu, póki nie jest za późno”. Siedmioletni chłopak kradnie na bazarze rybę. Rozwścieczony tłum pędzi za nim, dopada go, rozdeptuje i rozchodzi się dopiero wówczas, kiedy ciało dziecka leży już martwe. Chłop Wasyl Łuczko żył z żoną Oksaną, z jedenastoletnią córką i dwoma synami - sześcio- i czteroletnim. Jego żona, kobieta energiczna, jeździła do Połtawy szukać żywności. Kiedyś zachodzi do Wasyla jego sąsiad i widzi, że starszy chłopiec wisi we framudze drzwi.
 Coś ty zrobił, Wasyl?
 Powiesiłem chłopca.
 A gdzie drugi?
 Drugi leży w komorze, powiesiłem go jeszcze wczoraj.
 Dlaczegoś to zrobił?
 Nie ma co jeść. Kiedy Oksana przywozi chleb, wszystko oddaje dzieciom. A teraz, kiedy przywiezie, mnie też da zjeść...
 Straszne tragedie rozgrywały się wówczas, kiedy ci, którzy jeździli do innych regionów, aby zdobyć pożywienie, po powrocie nie zastawali już nikogo żywego. Wsią rządziła śmierć. Zawczasu wykopywano zbiorowe mogiły na kilkadziesiąt trupów - nikt nie wątpił, że za kilka dni doły te wypełnią się i trzeba będzie kopać nowe... wozy wożące zwłoki do tych mogił stały się powszechnym elementem wiejskiego pejzażu... po domach chodzili przedstawiciele władzy, pytając kto umarł, i jeśli tak, pomagali wieźć ciało do wspólnego dołu... Co ludzie jedli? Żołędzie uchodziły za delikates. Poza tym otręby, plewy, liście buraków, liście drzew, wióry, trociny, koty, psy, wrony, dżdżownice, żaby. Wiosną, kiedy pojawiała się trawa, dyzynteria i biegunka brały jeszcze większe żniwo niż głód. W połowie lat trzydziestych sytuacja ludności wiejskiej stała się tak straszna, że kogo wtrącili do więzienia, uważał się za wybrańca losu - przynajmniej dostawał tam kawałek chleba (Siergiej Maksudow - „Zwienja”, Moskwa 1991).
 Żeby złamać opór chłopski, we wsiach zamykano sklepy, szkoły i ośrodki zdrowia. Chłopom nie wolno było wyjeżdżać z wiosek, nie wpuszczano ich do miast. Przy drogach, przed wjazdem do wiosek uznanych za opozycyjne, umieszczono tablice: Tu nie wolno zatrzymywać się, nie wolno z nikim rozmawiać! Z wiosek leżących wzdłuż torów kolejowych chłopi wychodzili, kiedy nadjeżdżał pociąg. Padali na kolana, wznosili ręce, wołali: Chleba! Chleba! Załoga pociągu miała obowiązek zamykać okna, zaciągać zasłonki.
 Wymierały całe rodziny, potem - całe wsie:
 „Zawyła wieś, widząc, że zbliża się śmierć. W całej wsi wyli chłopi - nie był to głos rozumu czy duszy, to było jak szum liści na wietrze czy szelest słomy. Złość mnie wtedy brała: dlaczego oni tak żałośnie wyją, ludźmi już nie są, a krzyczą tak żałośnie. Wychodziłam czasem w pole i nasłuchiwałam: wyją. Szłam dalej, no, jakby już ucichło, ale robię jeszcze kilka kroków i znów słyszę - to już sąsiednia wieś wyje. I wydaje mi się, że cała ziemia wyje razem z ludźmi. Boga nie ma, więc kto usłyszy?” (Wasilij Grossman - „Wszystko Płynie”, tłum. W. Bieńkowska, Warszawa 1990).

 Pani Bronisława mówi, że najgorsze zaczęło się latem 1932. Wyszła wówczas ustawa, którą chłopi nazwali ustawą o kłosku. Tę ustawę wymyślił i napisał Stalin. Mówiła ona o ochronie mienia kołchozowego. Według niej można było wymierzyć kilka lat łagru albo nawet rozstrzelać, jeżeli ktoś ukradł choćby kłosek zboża albo marchewkę czy buraka. Podobna kara czekała traktorzystę, jeżeli zepsuł mu się traktor, albo kołchoźnika, jeżeli zgubił motykę lub łopatę.
 Tę ustawę ogłoszono na początku sierpnia, kiedy zboże stało jeszcze na polach. W wielu miejscach, tam, gdzie rosła pszenica albo żyto, zbudowano wieżyczki strażnicze. Na wieżyczkach stali enkawudziści z bronią gotową do strzału - mieli odpędzać każdego, kto by chciał zerwać w polu choćby kłosek. Skrajem pól i po drogach jeździły na koniach patrole NKWD - pilnowały zbiorów. Nawet pionierów przysyłali do pilnowania, ale ich potem zabrali - to były dzieci, a dzieci ginęło najwięcej, nie tylko z głodu, ale także dlatego, że porywali ich ludożercy.
 Więc ludzie widzieli zboże, widzieli kłosy. Kto miał jeszcze siły, wychodził z chałupy zobaczyć rosnące łany. Ale chłopi musieli stać z daleka od pola. Wiedzieli, że jeśli kto zbliży się do pola - huknie strzał. A lata wtedy wypadały gorące, upalne, słoneczne. Z okna chałupy widziało się z daleka tkwiące na horyzoncie czarne plamy - były to odziane w łachmany, trawione gorączką i głodowym tyfusem ludzkie szkielety. Niektórzy nie wracali już do wsi, zostawali tam na zawsze.
 Zdarzało się, wspomina pani Bronisława, że pod enkawudzistą padł koń, bo ich zwierzyna też była chuda i słaba. Widziało się nad łanem zboża sylwetkę enkawudzisty, który siedział na koniu. Siedział, rozglądał się, a potem nagle znikał. Po prostu padł pod nim koń. Wtedy następował rzadki moment nadziei, bo wśród enkawudzistów robiło się zamieszanie i to były takie sekundy, że można było dopaść zboża i zerwać trochę kłosków. To już było coś, na dzień, na dwa, ale jednak - coś.
 Śmierć była z głodu, ale też z jedzenia. Czasem z miasta przyjeżdżała brygada agitacyjna i przywoziła chleb. Ludzie rzucali się, jedli, jedli, a potem krzyczeli, zwijali się z bólu. A byli wśród nich tacy, którzy od razu umierali.
 Najgorsze były rewizje. Zrywali podłogi, ryli każdy kawałek ogródka, kopali w polu. Szukali, czy gdzieś nie ma ukrytego jedzenia. Wtedy zabierali wszystko, a gospodarza brali do więzienia. Jej męża, o którym mówi - Józik, brali sześć razy. Chodziła do gminy, klęczała, płakała. Była szczęśliwą kobietą, bo jakoś go wypuszczali. A była szczęśliwa dlatego, że wierzyła w Boga. Bóg człowieka nigdy nie opuści, mówi mi z przekonaniem. Ona jest tego najlepszym przykładem. Bo później zesłali ją do Kazachstanu, a męża wzięli na wojnę. W Kazachstanie było tak ciężko jak na Ukrainie, a w dodatku gorszy klimat. Osiem kilometrów szła do kołchozu do pracy przez lód i wicher. Że męża zabili u Nimeczyni, tego była pewna. I patrzcie, a tu mój mąż z wojny spadł! Z tego właśnie spotkania urodził się ksiądz Ludwik, który siedzi tu z nami i uśmiecha się.
 Co bolszewiki wyprawiali, tego nie opowiesz. Przywiózł ktoś z miasta gazetę. A tam na zdjęciu zboże wielkie. I napisane, że miasta głodują, że kolejki dzień i noc po chleb, bo chłopi lenią się, nie chcą zboża zbierać, wszystko marnuje się w polu. Nienawiść do chłopów była straszna, a przecież oni umierali z głodu! Kiedy wieźli ich do transportu na Kazachstan, jechali przez puste wsie. Okna zabite deskami, drzwi otwarte, kołyszą się i skrzypią na wietrze. Ludzi żadnych, może tylko jaki enkawudzista. Żadnego bydła - bydło wyrżnięte albo padło. Nawet pies nie zaszczeka - psy dawno zjedzone.

 Maksudow uważa, że zbrodnia ludobójstwa, jaką był Wielki Głód na Ukrainie, który oficjalnie nazywał się kolektywizacją rolnictwa i budowaniem ustroju kołchozowego, rzuciła na to rolnictwo tak straszne przekleństwo, że nie podniosło się ono i nie stanęło na nogi do dnia dzisiejszego: „Ale życie zwycięzców w tej okrutnej wojnie, pisze, okazało się nie tak znów wesołe. Było to bowiem zwycięstwo pyrrusowe. Produkcja ziarna, która w latach 1923-28 prawie podwoiła się, po kolektywizacji utrzymywała się przez 25 lat na tym samym niskim poziomie, choć liczba ludności oczywiście rosła. Hodowla bydła nigdy już nie otrząsnęła się z tego ciosu, jakim było wyrżnięcie lub zagłodzenie ponad stu milionów koni, krów, byków, owiec i świń. Nie ulega wątpliwości, że trwający w ZSRR kryzys rolnictwa sięgał swoimi korzeniami tych odległych lat, tego „zwycięstwa”, które okazało się klęską. Ziemia i chłopi wzięli odwet, taki, na jaki było ich stać, na tych, którzy ich pokonali. Ziemia przestała rodzić, a chłopi utracili zamiłowanie do pracy na roli. Była to straszna, ale sprawiedliwa zemsta”.
 Historycy w różny sposób objaśniają ludobójstwo na Ukrainie (i północnym Kaukazie). Historycy rosyjscy widzą w tym narzędzie niszczenia tradycyjnego społeczeństwa rosyjskiego i budowania na jego miejsce bezkształtnej, uległej, półniewolniczej masy homo sovieticus. Historycy ukraińscy (m.in. Walentyn Moroz) uważają, że celem Stalina było ratowanie Imperium. Imperium nie może istnieć bez Ukrainy. Tymczasem lata dwudzieste to dekada odrodzenia narodowych ambicji ukraińskich, które rozwija się pod hasłem: Z daleka od Moskwy! Głównym depozytariuszem ducha ukraińskiego jest chłopstwo. Żeby złamać tego ducha, Stalin musi zniszczyć chłopstwo. Chłopów-Ukraińców było wówczas około 30 milionów. Technicznie można było znaczną ich część unicestwić budując sieć komór gazowych, ale Stalin nie popełnił tego błędu. Ten, kto budował komory, brał na siebie całą winę, okrywał się hańbą mordercy. Natomiast Stalin obarczył winą za zbrodnie same ofiary: umieracie z głodu, bo nie chcecie pracować, nie widzicie korzyści jakie daje kołchoz. W dodatku, żalił się, przez was głoduje ludność miast, kobiety nie mogą karmić niemowląt, bo nie mają mleka, dzieci nie mogą chodzić do szkoły, bo są zbyt słabe.
 Wieś ukraińska konała w milczeniu, w izolacji od świata, gryząc korę drzew i łyko własnych łapci, otoczona pogardą i nienawiścią ludzi z miast, stojących na ulicach w nie kończących się kolejkach po chleb.

Ryszard Kapuściński

[Tegoż, Imperium, Warszawa 1993, s. 285-291.]

[„Wołanie z Wołynia” nr 2 (15) z marca-kwietnia 1997 r., s. 11-15.]

23:46, kovaliv
Link Komentarze (1) »

Wielka Cisza (2)

Tylko w listopadzie 1932 roku, a więc w pierwszym miesiącu „walki z sabotażem”, w strategicznie ważnym z punktu widzenia produkcji rolnej Kraju Północnokaukaskim aresztowano 5 tysięcy wiejskich komunistów, którym zarzucono „karygodne przymykanie oczu” na „sabotaż” kampanii skupu, oraz 15 tysięcy kołchoźników. W grudniu rozpoczęły się masowe zesłania nie tylko samych kułaków, ale całych wiosek, szczególnie zaś kozackich stanic, które znały już podobne represje z 1920 roku. Jeśli w 1932 roku dane administracji GUŁagu odnotowały przybycie 71 236 zesłańców, to rok 1933 przyniósł napływ 268 091 nowych osadników specjalnych.
Komisja Mołotowa podjęła na Ukrainie analogiczne decyzje: wpisanie rejonów, które nie wypełniły planów skupu, na „czarną tablicę”, wraz ze wszystkimi opisanymi wyżej konsekwencjami oraz czystkami w wiejskich organizacjach partyjnych, masowymi aresztowaniami nie tylko kołchoźników, ale także kierowników kołchozów podejrzewanych o „zaniżanie produkcji”. Wkrótce posunięcia te zostały rozszerzone na inne regiony produkujące zboże.
Czy państwo, stosując represje, mogło wygrać wojnę z chłopami? Nie, podkreślał w drobiazgowym raporcie włoski konsul z Noworosyjska: „Nadmiernie uzbrojony i silny aparat sowiecki nie jest w rzeczywistości w stanie odnieść zwycięstwa nawet w pojedynczych regularnych bitwach; przeciwnik nie działa masą, jego siły są rozrzucone, toteż władza traci siły w nie kończącej się serii maleńkich operacji: tu nie opielone pole, tam schowano kilka kwintali zboża, tu zepsuty traktor, tam drugi świadomie uszkodzony, trzeci zamiast pracować, gdzieś pojechał... oraz na stwierdzaniu, że jakiś magazyn rozkradziono, księgi rachunkowe są źle prowadzone lub fałszowane, a dyrektorzy kołchozów, ze strachu lub złej woli, nie podają prawdy w raportach... I tak dalej, w nieskończoność i ciągle na nowo na tym ogromnym obszarze! [...] Wroga trzeba szukać dom po domu, wieś po wsi. To tak, jakby nosić wodę sitem!”
Pierwsze raporty o groźbie „kryzysu żywnościowego” zimą 1932-1933 roku docierały do Moskwy od lata 1932 roku. W sierpniu Mołotow zameldował Biuru Politycznemu, iż „nie ma realnego zagrożenia głodem w rejonach, w których były doskonałe zbiory”. Niemniej zaproponował wypełnienie za wszelką cenę planu skupu. W tym samym miesiącu przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych Kazachstanu, Isajew, poinformował Stalina o rozmiarach głodu w swej republice, w której kolektywizacja i przymusowe osiedlenie plemion wędrownych całkowicie rozregulowało tradycyjną gospodarkę koczowniczą. Nawet zatwardziali stalinowcy w rodzaju Stanisława Kosiora, pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, czy Michaiła Chatajewicza, pierwszego sekretarza partii obwodu dniepropietrowskiego, poprosili Stalina i Mołotowa o zmniejszenie planu skupu. „Żeby w przyszłości produkcja mogła wzrosnąć zgodnie z potrzebami proletariackiego państwa – pisał Chatajewicz do Mołotowa w listopadzie 1932 roku – musimy wziąć pod uwagę podstawowe potrzeby kołchoźników, bez których zaspokojenia nikt nie będzie siał i produkował”.
„Wasze stanowisko – odpowiedział Mołotow – jest głęboko niesłuszne i niebolszewickie. My, bolszewicy, nie możemy postawić potrzeb państwa – potrzeb ustalonych dokładnie przez uchwały partii – ani na dziesiątym, ani nawet na drugim miejscu”.
Kilka dni później Biuro Polityczne rozesłało do lokalnych władz okólnik nakazujący, by kołchozy, które jeszcze nie wykonały planu, zostały natychmiast ogołocone z całego posiadanego ziarna, w tym także z tak zwanych rezerw zasiewowych!
W ten sposób miliony chłopów z najbogatszych regionów rolniczych Związku Sowieckiego, które zmuszono groźbą lub torturami do oddania wszystkich marnych zapasów, nie mając ani środków, ani możliwości kupienia czegokolwiek, zostały wydane na pastwę głodu i jedynym środkiem ratunku stało się dla nich przeniesienie do miasta. Jednak rząd wydał właśnie, 27 grudnia 1932 roku, ustawę o paszportach wewnętrznych i obowiązkowym meldunku dla mieszkańców miast, aby ograniczyć wychodźstwo ze wsi, „zlikwidować pasożytnictwo społeczne” i „zwalczać przenikanie elementów kułackich do miast”. Wobec ucieczek ratujących życie chłopów rząd ogłosił 22 stycznia 1933 roku podpisany przez Stalina i Mołotowa okólnik, który skazywał na zaprogramowaną śmierć miliony zagłodzonych ludzi. Nakazywał on lokalnym władzom, a w szczególności GPU, uniemożliwić „wszelkimi środkami masowe wyjazdy chłopów Ukrainy i północnego Kaukazu do miasta. Po aresztowaniu elementów kontrrewolucyjnych inni uciekinierzy zostaną doprowadzeni do miejsca zamieszkania”. Okólnik wyjaśniał sytuację następująco: „Komitet Centralny i rząd mają dowody, że ta masowa ucieczka organizowana jest przez wrogów władzy sowieckiej, kontrrewolucjonistów i polskich agentów w celu wzniecenia propagandy zwłaszcza przeciw systemowi kołchozowemu, a ogólnie przeciw władzy sowieckiej”.
Aby uniemożliwić chłopom porzucanie miejsc zamieszkania, we wszystkich dotkniętych głodem regionach zawieszono natychmiast sprzedaż biletów kolejowych, a na drogach postawiono blokady, kontrolowane przez oddziały specjalne GPU. Raport policji politycznej z początku marca 1933 roku podawał, iż w wyniku operacji, powstrzymującej ucieczkę chłopów do miast, w ciągu miesiąca zatrzymano 219 460 osób, z których 186 588 „odstawiono do miejsca zamieszkania”, a pozostałe aresztowano i postawiono przed sądem. Raport nie mówił jednak nic o ludziach usuniętych z miast.
A oto raport na ten temat konsula włoskiego z Charkowa, miasta położonego w sercu jednego z najbardziej dotkniętych przez głód regionów kraju: „Od tygodnia zorganizowano służbę przyjmującą porzucone dzieci. W istocie bowiem poza chłopami napływającymi do miast, gdyż na wsi nie mają żadnych nadziei na przeżycie, są jeszcze dzieci, przywożone tu przez rodziców, którzy po porzuceniu ich wracają, by umrzeć na wsi. Mają bowiem nadzieję, iż w mieście ktoś zaopiekuje się ich potomstwem. [...] Od tygodnia zmobilizowano dworników [stróżów] w białych bluzach, którzy patrolują miasto i doprowadzają dzieci do najbliższego posterunku milicji. [...] Koło północy rozpoczyna się przewożenie ich ciężarówkami na dworzec towarowy Siewiero Doniec. Tam gromadzi się dzieci znalezione na dworcach i w pociągach, a także rodziny chłopów i samotne starsze osoby schwytane w mieście w ciągu dnia. Jest tam też personel medyczny [...], który dokonuje «selekcji». Ci, którzy jeszcze nie spuchli i mają szanse na przeżycie, kierowani są do baraków w Chołodnej Gorze, gdzie kona na słomie prawie 8000 ludzkich dusz, w większości dzieci. [...] Osoby opuchnięte przewozi się pociągami towarowymi na wieś i pozostawia pięćdziesiąt-sześćdziesiąt kilometrów za miastem, żeby nie umierały na widoku. [...] Po dotarciu na miejsce wyładunku kopie się wielkie rowy, do których wrzuca się zwłoki zebrane ze wszystkich wagonów”.
Na wsiach śmiertelność sięgnęła szczytu na wiosnę 1933 roku. Do głodu dołączył tyfus; z wielotysięcznych osad przeżyło po kilkadziesiąt osób. Zarówno raporty GPU, jak raporty dyplomatów włoskich z Charkowa informują o przypadkach ludożerstwa: „Każdej nocy uprząta się w Charkowie prawie 250 trupów osób zmarłych z głodu lub na tyfus. Zauważono, że wiele z nich nie ma wątroby, którą prawdopodobnie wyciągnięto przez szerokie nacięcie. Policji udało się w końcu złapać kilku tajemniczych «chirurgów», którzy zeznali, że z tego mięsa robili farsz do pierożków, sprzedawanych następnie na targowisku”. (...)
Utrzymywane do ostatnich lat w tajemnicy archiwa demograficzne i spisy ludności z lat 1937 i 1939 pozwalają ocenić zasięg klęski głodowej z 1933 roku. Geograficznie rzecz biorąc, „strefa głodu” pokrywała całą Ukrainę, część strefy czarnoziemnej, żyzne równiny nad Donem, Kubaniem, północny Kaukaz oraz większą część Kazachstanu. Głodowa nędza lub głód dotknęły prawie 40 milionów ludzi. (...)
Najcięższą stratę, prawie 4 miliony zmarłych, ponieśli ukraińscy chłopi. W Kazachstanie było około 1 miliona ofiar, głównie wśród koczowników pozbawionych po kolektywizacji całego bydła i siłą osiedlonych. Na północnym Kaukazie i w regionie czarnoziemnym zmarł 1 milion osób.
Wielki głód z lat 1932-1933, szczytowy punkt drugiego aktu rozpoczętej w 1929 roku wojny z chłopstwem, stanowi – na pięć lat przed Wielkim Terrorem, który dotknie przede wszystkim inteligencję, kierownicze kadry gospodarki i partii – moment decydujący we wprowadzaniu systemu represji wypróbowywanego kolejno – i w zależności od aktualnej sytuacji politycznej – na różnych grupach społecznych. Wielki głód, ze swym bagażem przemocy, tortur i wyroków śmierci dla całych grup ludności, tłumaczy przerażający regres, zarówno w dziedzinie polityki, jak stosunków społecznych. Widać, jak mnożą się mali, lokalni tyrani i despoci, gotowi na wszystko dla wyduszenia z chłopów ostatnich zapasów, a także jak szerzy się barbarzyństwo. Zdzierstwo podniesione zostaje do rangi codziennej praktyki, a wraz z bandytyzmem i epidemiami pojawiają się ponownie kanibalizm i porzucanie dzieci; tworzy się „baraki śmierci”, a krótko trzymani przez partię-państwo chłopi poznają nową formę niewolnictwa. Jak przenikliwie napisał do Siergieja Kirowa w styczniu 1934 roku Sergo Ordżonikidze: „Nasze kadry, które poznały sytuację z lat 1932-1933 i które ją wytrzymały, są naprawdę zahartowane jak stal. Myślę, że zbudujemy z nimi państwo, o jakim nigdy nie słyszano w historii”. (...)

Jan Wróbel

[„Wołanie z Wołynia” nr 6 (55) z listopada grudnia 2003 r., s. 5-10.]

23:37, kovaliv
Link Dodaj komentarz »