Jestem proboszczem parafii rzymskokatolickiej w Ostrogu nad Horyniem Ukraina e-mail: vykovaliv@gmail.com www.ostrog.blox.pl Adres dla korespondencji w Polsce: ks. Vitold-Yosif Kovaliv skr. poczt. 9 34-520 Poronin
RSS
środa, 30 listopada 2005

http://cooltura.korba.pl/ksiazki/ludzie_sztuki/felietony/9181,845,drukuj.html

OSOBNO

 
Przez mapę mediów w Polsce biegną we wszystkich kierunkach linie podziałów i rozgraniczeń. Zasada „nigdy razem” ma sto wcieleń. Najoczywistsze – nie zapomnieć o konkurencji. Jakże prezentować rywala, bodaj w przeglądzie prasy? Jakże podjąć temat rozpoczęty przez kogoś spoza klanu, tytułu, rodziny ideologicznej? Albo zaprezentować cudzy pomysł, cudze dokonanie z pochlebną opinią, kiedy to przeciwnik jako persona albo tytuł prasowy?

Magia podziałów jest tak czytelna, że można z zupełną pewnością zakładać się, w którym programie albo w którym tytule pewne nazwiska, twarze, osoby nigdy nie zagoszczą na zasadzie partnerskiej, albo o czym (temat, hasło, nazwisko, tytuł) dany autor na pewno wypowie się bez aprobaty (do wyboru: ironicznie, sarkastycznie, pogardliwie, z oburzeniem itp., itd.). Można również zestawiać bardzo precyzyjnie zespoły „swoich” – tych, o których nigdy inaczej niż z aprobatą. A wreszcie puste miejsca (tematy, fakty, nazwiska) skrzętnie omijane, bo zbyt niewygodne, niejednoznaczne albo rozbijające obowiązkowy schemat podziałów.

Czy są wyjątki? Ależ są, oczywiście, tylko zbyt mało widoczne. Dlatego między innymi, że nawet zauważenie tych wyjątków i ucieszenie się nimi – byłoby dla dziennikarskiego warsztatu zlekceważeniem jednej z zasad podziału: rywalizacji. Tym – a nie niechęcią „ideologiczną” – wolę np. tłumaczyć fakt, że w mediach katolickich, tych bardziej popularnych, wyjątkowo rzadko w przeglądach prasy goszczą miesięczniki – z reguły mądre, ważne, ciekawe i o wiele mniej, albo i wcale nie biorące udziału w sporach i walkach.

Oto jeden tylko cytat z malutkiego tekstu s. Małgorzaty Borkowskiej OSB w październikowym numerze „Więzi”. Dedykuję go nam, dziennikarzom: „Już w czasach apostolskich była pokusa, (...) żeby występnego wyłączyć, wykluczyć, nawet nie pozdrawiać, (...). Ten problem, niestety, z biegiem wieków wcale nie słabnie, a czasem ma się wrażenie, że nawet narasta. Iluż to wierzących katolików marnuje czas i energię na potępianie dzisiejszych celników i grzeszników, na udowadnianie, jak bardzo złe mają intencje, na dzielenie społeczeństwa, zamiast je łączyć. Budują gruby mur, i po tej stronie są oni, dobrzy, a po tamtej – sami paskudni. I to paskudni bez żadnych jaśniejszych stron, paskudni do szpiku kości”.

Dlatego też postanowiłam sobie przy najbliższej okazji położyć w gablotce prasowej pobliskiego kościoła „Wołanie z Wołynia”, skromną gazetkę parafialną zza wschodniej granicy. O ile bardziej przyjazną bliźnim niż niektóre nasze parafialne gazetki, nie wiadomo po co zajmujące się polityką, a nawet kryjące w sobie – niedawno – normalne ulotki przedwyborcze.

Józefa Hennelowa


Artykuł pochodzi z "Tygodnika Powszechnego" Nr 46 z dnia 17 listopada 2002 roku.

23:35, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

http://www.merlin.com.pl/frontend/towar/236102;jsessionid=A34FD5F6758599252BE89A7D56E0EBBC


Romuald Wernik

Habit i Nagan

- obrona Ostroga 1944

wydawnictwo: Atla 2, 2000
ISBN: 83-86882-24-7
liczba stron: 178
wymiary: 145 x 205 mm
okładka: miękka

"Wypadki opisane w tej książce są prawdziwe i miały miejsce w styczniu i początkach lutego 1944 roku. Wiele nazwisk bohaterów też jest prawdziwych, reszta zmyślonych. Autor był zmuszony do tego brakiem źródeł, które są bardzo skąpe i różnią się w detalach. Archiwum opisanych wypadków wpadło w ręce NKWD i jest niedostępne.
Głównym źródłem stał się pamiętnik O. Remigiusza Kranca, opublikowany w 1998 roku przez Ośrodek "Wołanie z Wołynia", ale i w nim, samej obronie Ostroga, poświęca nieżyjący już autor tylko 6 stron. Drugim jest jeden rozdział w maszynopisie "Wspomnień kresowiaka", także już zmarłego w Olsztynie Rajmunda Dżygało, który był uczestnikiem wypadków o których ta książka traktuje. Pisząc ją nie pisałem rozprawy historycznej, której opracowanie wobec braku źródeł jest niemożliwe. Chciałem po prostu przybliżyć czytelnikowi historię opisanego okresu w dostępnej, beletrystycznej formie, gdyż nie wszyscy czytają rozprawy historyczne. Na temat walki Kresów o ich polskość i gehenny ich ludności, wciąż jest ich zbyt mało. A opisane wypadki, są prawie nieznane i warte przypomnienia."
(Autor)

23:32, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

JEDNA   Z   NAJWIĘKSZYCH

 Od 1990 r. Równe ma ponownie stałego duszpasterza, którym jest ksiądz Władysław Czajka, będący jednocześnie dziekanem rówieńskiego dekanatu. Początkowo stworzona przez niego parafia usiłowała odzyskać zabrany przez władze sowieckie kościół p.w. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Antoniego, zamieniony na salę organową. Jego budynek mimo dewastacji w postaci zniesienia dwóch neogotyckich wież i przebudowy wnętrza był dobrze zachowany. Wierni  modlili się o jego zwrot, spotykając się na placu przed nim.  Ich wysiłki okazały się bezowocne, choć przed świątynią ustawili nawet krzyż... Władze chcąc załagodzić spór, przydzieliły parafii były kościół garnizonowy, w którym władze sowieckie urządziły salę sportową. By przywrócić mu sakralny wygląd, wierni musieli w nim przeprowadzić kapitalny remont. Wymieniono w odzyskanym obiekcie dach, wszystkie tynki, instalacje elektryczne i ogrzewcze. Wykonano podłogę. W pomieszczeniach dobudowanych do świątyni powstała plebania i dom zakonny sióstr. Zorganizowano też bibliotekę i sale katechetyczne. Zagospodarowano również teren przykościelny, na którym zainstalowano bazaltową Drogę Krzyżową oraz Wołyńską Ścianę Pamięci.
 W 1997 r. do parafii zostały sprowadzone relikwie s. Faustyny Kowalskiej, w związku z czym rozwija się w niej kult Miłosierdzia Bożego. Od 1998r. dla jej świątyni ustawiony został drugi tytuł- Miłosierdzia Bożego. W parafii rówieńskiej żywa jest też pamięć o Słudze Bożym o. Serafinie Kaszubie OFM Cap. Już w 1993 r. w rewaloryzowanej świątyni umieszczona została tablica pamiątkowa ku jego czci.
 Rówieńska wspólnota systematycznie się rozwija i należy obecnie do największych w diecezji łuckiej. Liczy około dwóch tysięcy wiernych. W większości są to Polacy lub ludzie o polskich korzeniach. Coraz częściej wiernymi parafii stają się również rdzenni Ukraińcy. Dlatego też w duszpasterstwie w parafii używa się dwóch języków: polskiego i ukraińskiego. Przebywając kilka dni w jej gościnie od razu można się zorientować, że tętni ona życiem i nie różni się wiele od miejskich parafii w Polsce. Powstało w niej całe multum wspólnot, obejmujących zasięgiem swego działania różne grupy wiekowe. Istnieją w niej m.in. cztery wspólnoty neokatechumenalne, oddział „Caritas”, rodzina Colping, ruch „Domowy Kościół”, Kółka Różańcowe, oaza dzieci , ministranci i kilka chórów, w tym: dziecięcy, młodzieżowy, dziewczęcy i dorosłych. Prężne są dwie drużyny harcerskie. Przy parafii istnieje świetlica dla dzieci. Sporo osób korzysta też z biblioteki parafialnej.
 Księdza Czajkę w codziennej posłudze wspiera pochodzący podobnie jak on z diecezji lubelskiej ks. Grzegorz Draus, a także Siostry Opatrzności Bożej. Ksiądz Grzegorz pracuje z młodzieżą oraz za zgodą władz odwiedza osadzonych w kilku okolicznych więzieniach. Siostry opiekują się chorymi i zajmują się chórami. Prowadzą też katechezę.
 Tak jak pod koniec XIX wieku parafia w Równem stała się ośrodkiem dekanatu diecezji łuckiej, który swym zasięgiem, oprócz przedwojennego, objął też dawne dekanaty: dubieński, korzecki, kostopolski, ostrogski, sarneński, włodzimierzecki i część beresteckiego czyli cały obwód równieński.
 Parafia jest dobrze postrzegana w mieście, co w dużej mierze jest zasługą  ks. Władysława Czajki, który stara się  unikać wszelkich konfliktów i ze wszystkimi żyje w zgodzie. Jest to bardzo ważne, bo sytuacja religijna w mieście jest dość skomplikowana. Działa w nim całe multum wspólnot chrześcijańskich. Nie tylko należących do Kościołów prawosławnych różnych opcji, ale również do konfesji protestanckich. Ksiądz Władysław bierze udział m.in. w Międzykościelnej Radzie Duchownych, która spotyka się dla omówienia różnych problemów. Odbywają się one raz w miesiącu w innej wspólnocie. W ich trakcie uczestnicy nie tylko  uzgadniają wspólne pociągnięcia i sposób ich realizacji, ale także modlą się i rozważają  Słowo Boże. Zewnętrznym przejawem ich współpracy jest chociażby „Dzień modlitw za miasto” czy „Marsz Jezusa”, w których biorą udział przedstawiciele wszystkich wyznań.
 Ksiądz Władysław nie spoczywa rzecz jasna na laurach i stara się rozwijać rówieńską wspólnotę zarówno pod względem materialnym , jak i duchowym. W budowie jest m.in. dom parafialny, który w tym roku  powinien stanąć w stanie surowym. Znajdą w nim siedzibę wszystkie grupy i ruchy skupiające w swych szeregach kilkaset osób. Z trudem mieszczą się one bowiem w dotychczasowych obiektach  i nie maja się gdzie spotykać. Ksiądz Władysław ma nadzieję , że w realizacji tej inwestycji będzie go wspierał Społeczny Komitet  Pomocy Parafii w Równem na Wołyniu, działający w Janowie Lubelskim, wydający m.in. kwartalnik „Wołyń bliżej”, redagowany przez  Krystynę Wojciechowską.
 Nowy dom parafialny z pewnością pomoże księdzu Władysławowi zdynamizować jeszcze bardziej duszpasterstwo i prowadzić więcej ludzi do Boga. Zdaje sobie on bowiem doskonale sprawę, że wiernych wprawdzie przybywa, ale ich świadomość religijna nie jest zbyt wielka. Czasy sowieckie pozostawiły po sobie wielkie spustoszenie moralne, które wciąż odbija się czkawką. Większość rodzin żyjących w Równem , a także należących do parafii jest rozbitych. Wywodzące się z nich dzieci nie cenią wartości życia rodzinnego. Brak im ideałów. Ojciec dla nich nie jest żadnym autorytetem. Wiele problemów nastręcza również sytuacja ekonomiczna, która wciąż nie może się ustabilizować. Rośnie ogromne rozwarstwienie społeczne. Niewielka grupka bogaczy pławi się w luksusach, a reszta klepie biedę z trudem wiążąc koniec  z końcem . Masa ludzi, w tym również członków parafii, wyjeżdża na Zachód, by pracując na czarno zarobić na utrzymanie rodziny. Bardzo często jednak to korzystne z pozoru rozwiązanie przynosi odwrotny skutek. Niezwykle często bowiem jedno ze współmałżonków wyjeżdżających do pracy w Portugalii, Hiszpanii czy Grecji znajduje sobie nowego towarzysza życia. Część z nich  w ogóle nie wraca na Ukrainę, a ci co na to się decydują zawierają nowy związek, powodując rozbicie rodziny. Często zdarza się również, że wyjeżdżający za granicę po powrocie z dużą odłożoną sumą pieniędzy nie mają do kogo wracać, bo ich miejsce zajął kto inny...Skala tego zjawiska jest zaś ogromna. W ostatnim spisie ludności bardzo wielu obywateli Ukrainy zapadło się jak kamień w wodę... (W skali całego kraju  zabrakło około ośmiu milionów osób). Księdza Władysława zjawisko to niepokoi tym bardziej, że jeżdżąc wieczorem po Równem widzi również coraz więcej nocnych klubów, których funkcjonowanie także nie służy umacnianiu moralności tutejszego społeczeństwa. Raczej odwrotnie...
 Rówieński proboszcz  mimo wszystko jest jednak optymistą.
 -Na każdym kroku spotykam tutaj wartościowych ludzi, dla których naprawdę warto pracować – podkreśla. – Są oni  zwiastunem nowego pokolenia chrześcijan, które będzie żyć Ewangelią.
 Już teraz zresztą ks. Czajka ma się czym pochwalić. Dochował się już m.in. dwóch księży, przebywających na studiach doktoranckich w Rzymie. Pięciu kolejnych kleryków kształci się w Wyższych Seminariach Duchownych. To dobry prognostyk na przyszłość...Powołania są przecież świadectwem rosnącej religijności.

Marek A. Koprowski
„Wołynia dzień dzisiejszy”,
Biały Dunajec – Ostróg 2004, s.17-21.  

23:08, kovaliv
Link Komentarze (1) »

Dzieje

Polskiego

Teatru

na Wołyniu

Sofija Kuczerepa zaprasza nas do poznania łuckiego Teatru Miejskiego im. Juliusza Słowackiego i objazdowego Teatru Wołyńskiego, które ukazywały widzom świat sztuki teatralnej w latach 20. i 30. XX wieku. We wstępie autorka, ujawnia nam tajemnicę ukazania się pracy pisząc: „Do napisania tej książki natchnęła mnie miłość do teatru, zainteresowanie jego historią... i jeszcze pragnienie odnowienia sprawiedliwego obrazu działalności teatru w naszym mieście”.

Wszakże rzeczywiście czas niepodległości dał możliwość zobaczenia prawdziwych kart historii naszego kraju. Ale na fali ogólnej euforii często się zdarza, że my szukając sensacji, badamy najznaczniejsze wydarzenia polityczne, niezwykłe osobistości, które kardynalnie zmieniały otaczającą ich rzeczywistość. W ten sposób przy tym wszystkim nie zauważamy wydarzeń, osób, które po prostu żyły, rozbudowywały kraj, sprzyjały jego rozwojowi ekonomicznemu i kulturalnemu, tzn. stabilnemu i zwyczajnemu (w pełnym rozumieniu tego słowa) życiu.

Okres międzywojenny na Wołyniu jest czasem, które niejednoznacznie jest oceniany przez różnych uczonych. Dlatego jeszcze większą uwagę należy przykładać do badań nad życiem kulturalnym, jakie było podstawą wychowania estetycznego i moralnego ówczesnej młodzieży. Za zasługę Sofiji Kuczerepy można uważać ten fakt, że badaczka spróbowała zaprzeczyć istniejącej tradycji o pierwszym teatrze w Łucku, przywołując realne przykłady dwóch teatrów, które powstały wcześniej od włączenia tego regionu w skład Ukrainy radzieckiej w 1939 roku. Swój wykład podała ona w kontekście ówczesnego życia kulturalnego, a w szczególności życia teatralnego Wołynia. Właśnie tym problemom poświęcony jest pierwszy rozdział pracy – „Teatr w II Rzeczypospolitej”.

Ciekawymi są umieszczone w tekście ilustracje ze zbiorów Archiwum Państwowego Obwodu Wołyńskiego i Wołyńskiego Muzeum Krajoznawczego. Są to fotografie zespołów aktorskich, różnorodnych scen z poszczególnych sztuk oraz afisz teatralny. Opisując aktorski skład teatrów, ich repertuar, źródła finansowania i inne aspekty funkcjonowania teatru miejskiego i teatru objazdowego, autorka ukazała problemy, które musiały podołać zespoły teatralne. Przede wszystkim to były trudności finansowe, które np. spowodowały likwidację teatru miejskiego w 1926 roku. Podsumowując swoją pracę Sofija Kuczerepa nie zapomniała przypomnieć sylwetki utalentowanych dyrektorów wołyńskiego teatru objazdowego (nb. teatr ten został nazwany przez nią symbolem kultury Wołynia) – dzięki nim teatr rozwijał się, podciągał swoją profesjonalność i pracował bez deficytu.

Zachęcam wszystkich nieobojętnych – czy interesuje Was teatr czy historia czy dawna sława Wołynia – zapoznajcie się z pracą Sofiji Kuczerepy „Polski teatr na Wołyniu”, wydanej dzięki poparciu Konsulatu Generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Łucku. I nie będziecie żałować, że zagłębicie się w świat sztuki, w świat teatru i jego dawnej wspaniałości.

Inna Szostak

Z ukraińskiego przełożyła Łucja Zalewska

Кучерепа С.М. “Польський театр на Волині”. – Луцьк: ВМА “Терен”, 2005. – 116 с.; іл.

[“Wołanie z Wołynia” nr 4 (65) z lipca-sierpnia 2005 r., s. 41-42.]

23:01, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

JESZCZE  

O   WIELKIM   GŁODZIE

Musze powiedzieć że z wielką ciekawością i smutkiem przeczytałem o Pani Bronisławie. To przypomniało mi moje dzieciństwo kiedy słyszałem o tym głodzie. Pamiętam, że mieliśmy kuzynkę w Szepetówce i tam mama posyłała jej pieniądze żeby mogła sobie kupić żywność. Suma jak na owe czasy była duża $10.00 nie licząc kosztów przesyłki, które chyba były 50% wartości a chyba i więcej. Dla obecnego pokolenia wyjaśnię, że wówczas dolar kosztował ponad 9 złotych, a   kilo cukru kosztowało złotego, a nie pamiętam już gdzie czytałem, że wówczas urzędnik pocztowy zarabiał koło 150 złotych miesięcznie.
 Za tę sumę kuzynka kupiła bardzo niewiele i prosiła żeby jej więcej nie posyłać pieniędzy, bo nie chciała wspomagać systemu, który się na tym bogacił. Wiem że posyłaliśmy paczki żywnościowe, ale to było tez szalenie utrudnione bo musiały być zaszywane w płótnie, lakowane etc. i koszt przesyłki był bardzo wysoki.
 Tak obecnie Ukraińcy narzekają jak to im było źle na terenach Rzeczpospolitej. Warto im przypomnieć, że jak by się udało te tereny przyłączyć do Sowietów, nad czym tak „wytrwale” pracował ojciec Michnika, to by podzielili losy współbraci z za Zbrucza. Jestem ciekaw dlaczego tego tematu nigdy nikt nie porusza, a warto by było to sobie przypomnieć.

Stanisław Szybalski
julsta@comcast.net


29 listopada 2005 roku

17:15, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

http://www.naszdziennik.pl/

WIELKI   GŁÓD  

NA   UKRAINIE

Wielkiego Głodu 1932-33 r., okrutnej zbrodni ludobójstwa reżimu stalinowskiego. Chyba nie ma takich słów, które potrafiłyby wyrazić mękę ofiar, których liczbę szacuje się na 7-9 mln. Tyle osób bolszewicy potrafili zabić głodem z przebiegłością szatańską. To zbrodnia wołająca o pomstę do nieba, a zarazem niesprawiedliwość historyczna. Hitleryzm i jego oprawcy zostali osądzeni i straceni w Norymberdze. A liderzy komunistyczni do dzisiaj nie ponieśli żadnej odpowiedzialności – nawet moralnej.
Jeszcze 20-25 lat temu w Związku Sowieckim zaprzeczano faktowi Wielkiego Głodu 1932-33 r. na Ukrainie. W latach 30. zachodni intelektualiści (w większości lewicujący) nie wierzyli, że w ogóle głód może mieć miejsce w państwie chłopo-robotniczym. Na przykład Bernard Shaw, który przebywał na Ukrainie podczas Wielkiego Głodu, po przyjeździe do Anglii opowiadał publicznie o najedzonych do syta i zamożnych chłopach ukraińskich! Gdy świadkowie strasznego głodu na Ukrainie przedostawali się w niepojęty sposób na Zachód i opowiadali prawdę o tym, jak chłopi umierają z głodu, nie wierzono im. Prawda mogła przeszkodzić dobrym relacjom Zachodu z Sowietami.
Dopiero w latach 80., gdy prezydent USA Ronald Reagan określił ZSRS mianem imperium zła, na Zachodzie zaczęto bardziej trzeźwo patrzeć na Kraj Rad. Dwaj historycy Robert Conquest i James Maise zebrali świadectwa i dokumenty o specjalnie zorganizowanym głodzie na Ukrainie Sowieckiej. Politycy zachodni i sam prezydent Reagan mówili z trybun światowych o strasznym zjawisku, jakim był bolszewizm, którego istotę wymownie ilustruje sztuczny głód 1932-33 r. Natomiast ukraińscy komuniści nawet dziś zaprzeczają, że w tych latach panował głód. Gdyby reżim komunistyczny został sprawiedliwie osądzony na Ukrainie i w Rosji, chyba nie odważyliby się tak kłamać.

Polacy i Ukraińcy przeszkadzali bolszewikom
Panują różne opinie, dlaczego Stalinowi był potrzebny głód w takiej skali. Jeżeli jednak popatrzeć na postępowanie wodza Bolszewii od końca lat 20., to widać, że sztuczny głód był praktyczną kontynuacją jego działań prowadzonych z żelazną logiką szatańskiego systemu. W partii zwyciężył kurs stalinowski, czyli idea eksportu rewolucji proletariackiej na bagnetach Armii Czerwonej. W tym celu przed kierownictwem kremlowskim stanęło zadanie szybkiej industrializacji i militaryzacji całego Kraju Rad. Społeczeństwo sowieckie zostało podzielone na klasy. Według Karola Marksa, najbardziej zacofanym i niepewnym klasowo elementem byli chłopi.
W okresie wojny domowej 1918-1920 r. chłopi ukraińscy szczególnie mocno zademonstrowali postawę wrogą internacjonalizmowi bolszewickiemu. Także Polacy zamieszkali na wsiach, przede wszystkim obwodu żytomierskiego, winnickiego, chmielnickiego, byli dla komunistów elementem wrogim i reakcyjnym. Niebagatelne znaczenie miał także fakt, że najdłuższą granicę zachodnią ZSRS posiadał z Polską. Dlatego w planach sztabu generalnego Armii Czerwonej zwycięskiej ofensywy Armii Czerwonej na Zachód zamieszkujący te regiony chłopi byli uważani za przeszkodę, którą należy usunąć.
Realizacja diabelskiego planu potrzebowała diabelskich metod. Na początku lat 30. chłopi na Ukrainie Sowieckiej stanowili 80 proc. całej populacji. Część z nich zachęcano do wyjazdu do miast, do pracy w przemyśle ciężkim. Tych mniej świadomych trzeba było zapędzić do kołchozów. Szczególnie ważne dla bolszewików było kontrolowanie chłopów blisko granicy polskiej. W okólniku czekistów GPU (Główny Polityczny Urząd) z tych lat można znaleźć wypowiedź chłopów ukraińskich, że lepiej żyć pod Polakami niż pod Żydami. Dlatego tak zależało komunistom sowieckim na sterroryzowaniu wrogiej klasy chłopskiej. W tym celu trzeba było przeprowadzić kolektywizację i zniszczyć najlepszych i najpracowitszych gospodarzy, zwanych w języku bolszewików kułakami.
Wykonanie tego diabelskiego planu Józef Stalin polecił Wiaczesławowi Mołotowowi (prawdziwe nazwisko Skriabin) – bezwzględnemu czerwonemu biurokracie. Nad całą akcją czuwał wódz światowego proletariatu. W tym samym czasie jego gruziński ziomek – komisarz Ordżonikidze przeprowadzał industrializację kosztem sowieckich chłopów. Aktywnie pomagał w tym Zachód, licząc na duże zyski ze wzrostu potencjału przemysłowo-militarnego ZSRS. Za wsparcie bolszewicy hojnie płacili Zachodowi złotem, platyną, diamentami.
W ciągu paru lat komuna roztrwoniła wielowiekowy dorobek narodów Związku Sowieckiego. Plądrowano cerkwie, kościoły, pałace i muzea. Równocześnie zwiększano eksport węgla, ropy naftowej, bawełny, drewna, rudy niklowej i zboża do Niemiec i Wielkiej Brytanii. Stalin starał się za wszelką cenę uczynić z ZSRS potęgę nr 1, a potem zawładnąć całym światem.

Diabelscy władcy życia i śmierci
Od 1927 r. Stalin forsował kolektywizację na wsi, bacząc na brak elementarnych podstaw do jej realizacji. Przebudowa struktur rolnictwa z prywatnego na kolektywne doprowadziła do prawdziwej wojny z chłopstwem – wszędzie stosowano przymus, aby chłop szedł do kołchozu.
W czasie akcji szczególnie pamiętano o Ukrainie, która zawsze była spichlerzem Rosji. Aby zniszczyć od podstaw wielowiekowy układ wsi ukraińskiej, trzeba było najpierw zlikwidować najbardziej niepokornych i odważnych, wśród których było dużo Polaków. Pisarz rosyjski Wasilij Grossman (1905-1964 r.) tak opisywał początek kolektywizacji: "Obwód przysyłał plan - liczbę kułaków - do rejonów, rejony dzieliły swoją liczbę na rady wiejskie, a rady już układały listy. I podług tych właśnie list zabierano kułaków. A kto te listy układał? Trójki. Jakieś mętne typy wyznaczały, kto ma żyć, a kto umierać... Dzikie zwierzęta nie są najstraszliwsze. Najgorsi byli ci, co na cudzej krwi chcieli się bogacić, krzyczeli o uświadomieniu, a załatwiali własne porachunki i kradli. Ludzi niszczyli dla własnej korzyści, dla gratów, pary butów, a zniszczyć człowieka jest łatwo - napisz na niego, podpisu nawet nie trzeba, że wynajmował parobków, którzy na niego pracowali, że miał trzy krowy, i gotów kułak.
Myśleliśmy, że nie ma gorszego losu od tego, co spotkał kułaków. Pomyliliśmy się! Topór spadł na ludzi wiejskich, od małego do najstarszego."
Po rozkułaczeniu zasiewy bardzo się zmniejszyły, urodzaje zrobiły się liche. A w sprawozdaniach i prasie sowieckiej podawano, że życie bez kułaków od razu rozkwitło. Z Moskwy szły nowe polecenia rządowe: zabierać wszystko u chłopów, również cały zapas nasion w 1932 roku.
Polka Zofia Grońska, urodzona w 1912 r., nauczycielka-polonistka, która była świadkiem tych strasznych czasów wspomina: "W okresie kolektywizacji i głodu mieszkałam w Winnicy. Dojeżdżałam z miasta do szkół we wsiach przeważnie zasiedlonych przez Polaków – Terespol, Telepeński, Skarżyńce. Już wiosną 1931 r. niektóre rodziny polskie w tych wsiach cierpiały głód, ale wtedy jeszcze można było kupić żywność na bazarach, chociaż kosztowało to drogo. A w 1932 r. brygady aktywistów partyjnych i komsomolskich chodziły po chatach i zbierały zboże i artykuły żywnościowe. Biedne rodziny chowały ziarno, mąkę i kaszę. Wkładały to do dużych garnków i zakopywały na podwórkach i w ogrodach. Aktywiści wiejscy chodzili z długimi prętami żelaznymi i przetykali ziemię, aby znaleźć zakopankę. Wszystko znalezione zsypali do worków, a potem ładowali na furmanki. Potem długi sznur furmanek wiózł skonfiskowaną żywność do Winnicy, a potem do Moskwy. Wiosną 1933 r. zaczął się u nas straszny głód. Już nie było gdzie co kupić. Ludzie zaczęli padać z głodu. Umierali całymi rodzinami. Zwłoki leżały na drogach, podwórkach - nie było komu martwych grzebać. Wiejskie chaty stały puste. Potem zaczęli przyjeżdżać ludzie z Rosji zasiedlać te wsie."
Pani Grońska, mieszkająca teraz w Kijowie, pamięta rodziny polskie w obwodzie winnickim, które zostały przez bolszewików zamorzone głodem i umarły w strasznych mękach. To rodziny Błońskich, Bonsiewiczów, Konarskich i Zdębskich.
We wspomnieniach Wasilija Grossmana czytamy: "W dzień i w nocy skrzypiały wozy - kurz się unosił nad ziemią, a elewatorów nie było. Zsypano ziarno prosto na ziemię, naokoło chodzili uzbrojeni wartownicy. Ziarno przed zimą zwilgotniało na deszczu, zaczęło gnić. Nie starczyło władzy radzieckiej brezentów, żeby chłopski chleb przykryć... Zrozumiałem wtedy: najważniejszy dla władzy radzieckiej jest plan. Najważniejsze jest państwo. A ludzie to po prostu zero, ludzie to nic...
Potem nadeszła jesień, potem zima. A chleba jak nie ma, tak nie ma. I w centrum rejonowym nie można kupić, bo wprowadzili kartki. I na dworcu w kiosku nie kupisz, bo zmilitaryzowano, straż nie puszcza. A komercyjnego chleba nie było. Na jesień wszyscy rzucili się na ziemniaki, bez chleba szybko poszły. A przed Bożym Narodzeniem zaczęli rżnąć bydło. Ale mięso na kościach marne, chude. Kury wyrżnęli oczywiście. Mięso szybko zjedli, ani kropli mleka nie było i w całej wsi nie dostałbyś ani jednego jajeczka. Najgorsze to brak chleba."
Władza sowiecka traktowała chłopów na Ukrainie, szczególnie na początku lat 30., gorzej niż bydło. Nie było miejsca na litość w nowym społeczeństwie komunistycznym. Ludzie ginęli w strasznych mękach głodowych, a w tym samym czasie Stalin sprzedawał za granicę 5 mln ton zboża rocznie. Nawet niewielka jego część wystarczyłaby, aby uratować od śmierci chłopów na Ukrainie. Zastanawiające jest jednak, że nie zanotowano ani jednego aktu oporu czy sprzeciwu wobec cynicznych oprawców.

"Straszne zaczęły się czasy"
"Matki patrzą na dzieci i ze strachu zaczynają krzyczeć. Krzyczą, jakby żmija wpełzła do domu. A ta żmija to śmierć, to głód. Wieś została sama - naokoło pustynia i głodni ludzie w chatach. Państwo radzieckie porzuciło głodnych. Na wszystkich drogach poustawiali wojsko, milicję, NKWD: nie wypuszczają głodnych ze wsi, nie dają iść do miasta. Naokoło dworców, na najmniejszych przystankach straże: nie ma dla was, karmicieli, chleba". (W. Grossman)
Wieści o szalejącym głodzie na Ukrainie przedostawały się na łamy prasy zachodniej. Zaczęto organizować komitety pomocy głodującym w ZSRS, jednak bolszewicy odmawiali jej przyjęcia, aby nie zdyskredytować w opinii światowej reżimu sowieckiego - państwa chłopów i robotników (o ironio!). Imperium niewolników i niewolnictwa jeszcze próbowało zachować twarz.
Znowu przytoczę słowa Wasilija Grossmana, opisującego koszmar obywateli państwa powszechnego szczęścia i demokracji ludowej: "Dzieci nie śpią, krzyczą - w nocy proszą o chleb. Ludzie twarze mają ziemiste, oczy zamglone, pijane. Chodzą senni, chwieją się z głodu, drogę nogą wymacają, ręką trzymają się ściany. Zaczęli mniej z domu wychodzić - leżą ciągle. I ciągle im się majaczy, że wozy skrzypią - to z centrum rejonowego Stalin przysłał mąkę, żeby dzieci ratować. Wtedy już nie zostało na wsi psów ani kotów - wszystkie zjedzono. Gotowano je - same kości i żyły, ze łbów baby robiły galaretkę. Śnieg stopniał, ludzie zaczęli z głodu puchnąć - twarze mieli obrzękłe, nogi jak poduszki, w brzuchu woda, ciągle się moczą - nie zdążą wyjść na dwór. A dzieci? Twarze jak u staruszków udręczone, jak gdyby te maluchy przeżyły na świecie siedemdziesiąt lat. Na wiosnę niepodobne już były do ludzkich twarzy, ale do ptasich łebków z dziobkiem albo do żabich mordek. Tak, twarze miały nieludzkie. A oczy, wielki Boże! Towarzysz Stalin, czyś ty widział te oczy?
Ze wsi pełznie chłopstwo w kierunku kolei i miasta. Na dworcach kordony, wszystkie pociągi rewidują. Na drogach wszędzie posterunki - wojsko, NKWD, a jednak przedostają się głodni do Kijowa - pełzną przez pola, ugory, bagna, lasy, byleby ominąć posterunki na drogach. Na całej ziemi nie można postawić straży. A już chodzić nie mogą, tylko pełzną. W mieście ludzie się spieszą do swoich spraw, a głodni pełzną wśród przechodniów - dzieci, starzy, chłopi, dziewczyny - i wydaje się, że to wcale nie ludzie, ale jakieś wstrętne stworzenia na czterech nogach. Tylko szczęściarze dopełzli do miasta, jeden na dziesięć tysięcy. Ale i tam nie było dla nich ratunku. Leży człowiek głodny na ziemi, syczy, prosi, a jeść już nie może, kawałek chleba rzucony leży obok, a on już go nie widzi, nic nie widzi, dogorywa. Z rana na ulice Kijowa wyjeżdżały konne platformy, zbierano tych, co w nocy umarli...
Niektórych ogarniało szaleństwo. Ci już do końca nie mogli się uspokoić. Można ich było poznać po oczach - błyszczą im oczy. Tacy właśnie martwych rozbierali na kawałki i gotowali, własne dzieci zabijali i jedli. Podobno takich ludzi, ludożerców, rozstrzeliwano wszystkich co do jednego. A nie oni byli winni przecież, winni byli ci, którzy matkę doprowadzili do tego, że własne dzieci zjadała. Ale czy można znaleźć winowajców, gdzie byś nie pytał. To dla dobra, dla szczęścia ludzkości doprowadzali matki do tak strasznych rzeczy."
Raporty konsulów zachodnich potwierdzały w 1933 r. fakt Wielkiego Głodu. Na przykład doniesienia konsula niemieckiego w Charkowie opisywały nieludzkie rozmiary tragedii chłopów ukraińskich. W jednym z wstrząsających raportów (26.04.1933 r.) konsul generalny popierał plan przesłania pomocy z Niemiec. Ale Stalin nie przyznawał się do głodu na Ukrainie. Naród głodował, a na Zachód nadal szły eszelony ze zbożem sowieckim. Militaryzacja ZSRS była ważniejsza niż życie milionów ludzi, zamordowanych sztucznie wywołanym głodem.
Czy ktoś kiedyś odpowie za zastępy ofiar reżimu komunistycznego? Na razie w Kijowie obok nowo odbudowanego Soboru Mychajliwśkoho stoi mały skromny pomnik ofiar Wielkiego Głodu na Ukrainie. Taki niezauważalny, jak męka milionów chłopów w 1933 r.

Eugeniusz Tuzow-Lubański,
Kijów

[„Nasz Dziennik” – Piątek, 15 grudnia 2000 r.]

17:02, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2005

PANI   BRONISŁAWA

 Lwów. Któregoś wieczora ksiądz Ludwik Kamilewski zabiera mnie do swojego domu. Mieszka z matką i właśnie chce, abym ją poznał.
 Pani Bronisława jest starszą kobietą o ciepłej, dobrotliwej twarzy. Pochylona, dźwigająca niewidoczny ciężar, mówi spokojnym, zrównoważonym głosem, jakby to, co opowiada, dotyczyło jej, ale w jakimś innym wcieleniu, z którym ona, ta, która teraz siedzi przede mną, nie ma już właściwie wiele wspólnego. Kiedy myślałem o niej później, przypomniało mi się zdanie starego Paula Claudela: „Patrzę na swoje dawne życie jak na oddalającą się wyspę”. Szalone przyspieszenie i przemienność historii, co jest istotą czasu, w którym żyjemy, sprawia, że w wielu z nas żyje jednocześnie kilka postaci, niemal obojętnych sobie, a nawet nawzajem sprzecznych.
 Pani Bronisława urodziła dziesięcioro dzieci. Sześcioro z nich umarło na jej rękach z głodu. Jest ona kobiecym wcieleniem Hioba, Hioba epoki Wielkiego Głodu. To, że właśnie ona - kobieta - przeżyła ów kataklizm, potwierdza tylko tę prawdę, że Wielki Głód pochłonął najwięcej ofiar spośród dzieci i mężczyzn. Kobiety okazały się stosunkowo najsilniejsze, najbardziej odporne. Jaki ten Pan Bóg dobry, mówi w pewnej chwili pani Bronisława, że on mnie tyle dał siły!
 Tu, w małym mieszkanku, oglądam sceny Wielkiego Głodu oczyma matki księdza Ludwika (ksiądz jest jej najmłodszym dzieckiem). Nie pytam ani o imiona, ani czy istnieją ich mogiłki, bo myślę, że nie powinienem pytać o nic i słuchać tylko tego, co będzie mi zwierzone.
 Najpierw krótko o historii Wielkiego Głodu: Na początku 1929 roku XVI Konferencja WKP(b) zatwierdza program powszechnej kolektywizacji. Stalin postanawia, że do jesieni 1930 roku całe chłopstwo w jego państwie (co oznacza wówczas trzy czwarte społeczeństwa, ponad sto milionów ludzi) ma znaleźć się w kołchozach. Ale chłopi nie chcą wstępować do kołchozów. Wówczas Stalin dławi ich opór dwiema metodami. Setki tysięcy chłopów osadza w łagrach albo przymusowo wywozi i osiedla na Syberii, resztę chce zmusić głodem do posłuszeństwa.
 Główny cios spadł na Ukrainę, na tę ziemię, gdzie we wsi Burtyn, powiat Szepetówka, mieszkała ze swoim mężem Józefem i z dziećmi pani Bronisława.
 Formalnie rzeczy przedstawiały się tak: Moskwa ustaliła dla każdej wsi wysokość obowiązkowych dostaw dla państwa zboża, ziemniaków, mięsa itd. Rozmiary tych dostaw były znacznie większe niż wszelkie realne plony i zbiory osiągane na tych ziemiach. Zrozumiałe, że chłopi nie byli w stanie wykonać narzuconego im planu. Wówczas siłą, zwykle - siłą militarną, zaczęto odbierać im i konfiskować wszystko, co było na wsi do zjedzenia. Chłopi nie mieli co jeść i nie mieli co siać. Od roku 1930 zaczął się masowy i śmiertelny głód, który trwał przez siedem lat, zbierając najbardziej ponure żniwo w 1933 roku. Większość demogafów i historyków jest dziś zgodna, że w tych latach Stalin uśmiercił głodem około dziesięciu milionów ludzi.
 „Straszne i różnorodne są postacie głodu. Głód stał się regułą życia. W całym kraju tylko jednostki miały dostateczną ilość pożywienia. Byli to najwyżsi przywódcy oraz ludożercy. Ale obie te kategorie stanowiły znikomą część społeczeństwa. Miliony głodnych były gotowe na wszystko, byle dostać kawałek chleba... Głód rozdzielał ludzi. Wielu z nich utraciło zdolność współczucia, chęć pomocy innym. Na zdjęciach z tego okresu widzimy ludzi przechodzących obojętnie obok leżącego w rynsztoku dziecka, widzimy kobiety, które rozmawiają spokojnie obok walających się na drodze trupów, widzimy woźniców rozsiadłych na wozach, z których wystają martwe ręce i nogi... Sześcioletnia Tania Pokidko zerwała na grządce sąsiada - Hawryły Turko główkę czosnku. Ten zbił ją tak, że kiedy dowlokła się do domu - umarła. Jej ojciec - Stiepan, były czerwony partyzant, wziął czworo swoich opuchłych już z głodu dzieci i poszedł do władz powiatowych prosić o pomoc. Kiedy mu odmówiono, powiedział do sekretarza rady powiatowej, Połońskiego: „Lepiej je zjedzcie, niż mam patrzeć, jak się męczą”. I powiesił się na drzewie przed budynkiem rady. Chłopka Fedorczuk zlitowała się nad dziećmi sąsiada - sześcioletnim Mykołą i dwuletnią Olą, i obiecała, że będzie im dawać po kubku mleka dziennie. Ale dzieci mleka nie dostawały, gdyż ich ojciec powiedział żonie: „U wszystkich sąsiadów dzieci dawno pomarły, dlaczego mamy karmić nasze? Trzeba ratować się samemu, póki nie jest za późno”. Siedmioletni chłopak kradnie na bazarze rybę. Rozwścieczony tłum pędzi za nim, dopada go, rozdeptuje i rozchodzi się dopiero wówczas, kiedy ciało dziecka leży już martwe. Chłop Wasyl Łuczko żył z żoną Oksaną, z jedenastoletnią córką i dwoma synami - sześcio- i czteroletnim. Jego żona, kobieta energiczna, jeździła do Połtawy szukać żywności. Kiedyś zachodzi do Wasyla jego sąsiad i widzi, że starszy chłopiec wisi we framudze drzwi.
 Coś ty zrobił, Wasyl?
 Powiesiłem chłopca.
 A gdzie drugi?
 Drugi leży w komorze, powiesiłem go jeszcze wczoraj.
 Dlaczegoś to zrobił?
 Nie ma co jeść. Kiedy Oksana przywozi chleb, wszystko oddaje dzieciom. A teraz, kiedy przywiezie, mnie też da zjeść...
 Straszne tragedie rozgrywały się wówczas, kiedy ci, którzy jeździli do innych regionów, aby zdobyć pożywienie, po powrocie nie zastawali już nikogo żywego. Wsią rządziła śmierć. Zawczasu wykopywano zbiorowe mogiły na kilkadziesiąt trupów - nikt nie wątpił, że za kilka dni doły te wypełnią się i trzeba będzie kopać nowe... wozy wożące zwłoki do tych mogił stały się powszechnym elementem wiejskiego pejzażu... po domach chodzili przedstawiciele władzy, pytając kto umarł, i jeśli tak, pomagali wieźć ciało do wspólnego dołu... Co ludzie jedli? Żołędzie uchodziły za delikates. Poza tym otręby, plewy, liście buraków, liście drzew, wióry, trociny, koty, psy, wrony, dżdżownice, żaby. Wiosną, kiedy pojawiała się trawa, dyzynteria i biegunka brały jeszcze większe żniwo niż głód. W połowie lat trzydziestych sytuacja ludności wiejskiej stała się tak straszna, że kogo wtrącili do więzienia, uważał się za wybrańca losu - przynajmniej dostawał tam kawałek chleba (Siergiej Maksudow - „Zwienja”, Moskwa 1991).
 Żeby złamać opór chłopski, we wsiach zamykano sklepy, szkoły i ośrodki zdrowia. Chłopom nie wolno było wyjeżdżać z wiosek, nie wpuszczano ich do miast. Przy drogach, przed wjazdem do wiosek uznanych za opozycyjne, umieszczono tablice: Tu nie wolno zatrzymywać się, nie wolno z nikim rozmawiać! Z wiosek leżących wzdłuż torów kolejowych chłopi wychodzili, kiedy nadjeżdżał pociąg. Padali na kolana, wznosili ręce, wołali: Chleba! Chleba! Załoga pociągu miała obowiązek zamykać okna, zaciągać zasłonki.
 Wymierały całe rodziny, potem - całe wsie:
 „Zawyła wieś, widząc, że zbliża się śmierć. W całej wsi wyli chłopi - nie był to głos rozumu czy duszy, to było jak szum liści na wietrze czy szelest słomy. Złość mnie wtedy brała: dlaczego oni tak żałośnie wyją, ludźmi już nie są, a krzyczą tak żałośnie. Wychodziłam czasem w pole i nasłuchiwałam: wyją. Szłam dalej, no, jakby już ucichło, ale robię jeszcze kilka kroków i znów słyszę - to już sąsiednia wieś wyje. I wydaje mi się, że cała ziemia wyje razem z ludźmi. Boga nie ma, więc kto usłyszy?” (Wasilij Grossman - „Wszystko Płynie”, tłum. W. Bieńkowska, Warszawa 1990).

 Pani Bronisława mówi, że najgorsze zaczęło się latem 1932. Wyszła wówczas ustawa, którą chłopi nazwali ustawą o kłosku. Tę ustawę wymyślił i napisał Stalin. Mówiła ona o ochronie mienia kołchozowego. Według niej można było wymierzyć kilka lat łagru albo nawet rozstrzelać, jeżeli ktoś ukradł choćby kłosek zboża albo marchewkę czy buraka. Podobna kara czekała traktorzystę, jeżeli zepsuł mu się traktor, albo kołchoźnika, jeżeli zgubił motykę lub łopatę.
 Tę ustawę ogłoszono na początku sierpnia, kiedy zboże stało jeszcze na polach. W wielu miejscach, tam, gdzie rosła pszenica albo żyto, zbudowano wieżyczki strażnicze. Na wieżyczkach stali enkawudziści z bronią gotową do strzału - mieli odpędzać każdego, kto by chciał zerwać w polu choćby kłosek. Skrajem pól i po drogach jeździły na koniach patrole NKWD - pilnowały zbiorów. Nawet pionierów przysyłali do pilnowania, ale ich potem zabrali - to były dzieci, a dzieci ginęło najwięcej, nie tylko z głodu, ale także dlatego, że porywali ich ludożercy.
 Więc ludzie widzieli zboże, widzieli kłosy. Kto miał jeszcze siły, wychodził z chałupy zobaczyć rosnące łany. Ale chłopi musieli stać z daleka od pola. Wiedzieli, że jeśli kto zbliży się do pola - huknie strzał. A lata wtedy wypadały gorące, upalne, słoneczne. Z okna chałupy widziało się z daleka tkwiące na horyzoncie czarne plamy - były to odziane w łachmany, trawione gorączką i głodowym tyfusem ludzkie szkielety. Niektórzy nie wracali już do wsi, zostawali tam na zawsze.
 Zdarzało się, wspomina pani Bronisława, że pod enkawudzistą padł koń, bo ich zwierzyna też była chuda i słaba. Widziało się nad łanem zboża sylwetkę enkawudzisty, który siedział na koniu. Siedział, rozglądał się, a potem nagle znikał. Po prostu padł pod nim koń. Wtedy następował rzadki moment nadziei, bo wśród enkawudzistów robiło się zamieszanie i to były takie sekundy, że można było dopaść zboża i zerwać trochę kłosków. To już było coś, na dzień, na dwa, ale jednak - coś.
 Śmierć była z głodu, ale też z jedzenia. Czasem z miasta przyjeżdżała brygada agitacyjna i przywoziła chleb. Ludzie rzucali się, jedli, jedli, a potem krzyczeli, zwijali się z bólu. A byli wśród nich tacy, którzy od razu umierali.
 Najgorsze były rewizje. Zrywali podłogi, ryli każdy kawałek ogródka, kopali w polu. Szukali, czy gdzieś nie ma ukrytego jedzenia. Wtedy zabierali wszystko, a gospodarza brali do więzienia. Jej męża, o którym mówi - Józik, brali sześć razy. Chodziła do gminy, klęczała, płakała. Była szczęśliwą kobietą, bo jakoś go wypuszczali. A była szczęśliwa dlatego, że wierzyła w Boga. Bóg człowieka nigdy nie opuści, mówi mi z przekonaniem. Ona jest tego najlepszym przykładem. Bo później zesłali ją do Kazachstanu, a męża wzięli na wojnę. W Kazachstanie było tak ciężko jak na Ukrainie, a w dodatku gorszy klimat. Osiem kilometrów szła do kołchozu do pracy przez lód i wicher. Że męża zabili u Nimeczyni, tego była pewna. I patrzcie, a tu mój mąż z wojny spadł! Z tego właśnie spotkania urodził się ksiądz Ludwik, który siedzi tu z nami i uśmiecha się.
 Co bolszewiki wyprawiali, tego nie opowiesz. Przywiózł ktoś z miasta gazetę. A tam na zdjęciu zboże wielkie. I napisane, że miasta głodują, że kolejki dzień i noc po chleb, bo chłopi lenią się, nie chcą zboża zbierać, wszystko marnuje się w polu. Nienawiść do chłopów była straszna, a przecież oni umierali z głodu! Kiedy wieźli ich do transportu na Kazachstan, jechali przez puste wsie. Okna zabite deskami, drzwi otwarte, kołyszą się i skrzypią na wietrze. Ludzi żadnych, może tylko jaki enkawudzista. Żadnego bydła - bydło wyrżnięte albo padło. Nawet pies nie zaszczeka - psy dawno zjedzone.

 Maksudow uważa, że zbrodnia ludobójstwa, jaką był Wielki Głód na Ukrainie, który oficjalnie nazywał się kolektywizacją rolnictwa i budowaniem ustroju kołchozowego, rzuciła na to rolnictwo tak straszne przekleństwo, że nie podniosło się ono i nie stanęło na nogi do dnia dzisiejszego: „Ale życie zwycięzców w tej okrutnej wojnie, pisze, okazało się nie tak znów wesołe. Było to bowiem zwycięstwo pyrrusowe. Produkcja ziarna, która w latach 1923-28 prawie podwoiła się, po kolektywizacji utrzymywała się przez 25 lat na tym samym niskim poziomie, choć liczba ludności oczywiście rosła. Hodowla bydła nigdy już nie otrząsnęła się z tego ciosu, jakim było wyrżnięcie lub zagłodzenie ponad stu milionów koni, krów, byków, owiec i świń. Nie ulega wątpliwości, że trwający w ZSRR kryzys rolnictwa sięgał swoimi korzeniami tych odległych lat, tego „zwycięstwa”, które okazało się klęską. Ziemia i chłopi wzięli odwet, taki, na jaki było ich stać, na tych, którzy ich pokonali. Ziemia przestała rodzić, a chłopi utracili zamiłowanie do pracy na roli. Była to straszna, ale sprawiedliwa zemsta”.
 Historycy w różny sposób objaśniają ludobójstwo na Ukrainie (i północnym Kaukazie). Historycy rosyjscy widzą w tym narzędzie niszczenia tradycyjnego społeczeństwa rosyjskiego i budowania na jego miejsce bezkształtnej, uległej, półniewolniczej masy homo sovieticus. Historycy ukraińscy (m.in. Walentyn Moroz) uważają, że celem Stalina było ratowanie Imperium. Imperium nie może istnieć bez Ukrainy. Tymczasem lata dwudzieste to dekada odrodzenia narodowych ambicji ukraińskich, które rozwija się pod hasłem: Z daleka od Moskwy! Głównym depozytariuszem ducha ukraińskiego jest chłopstwo. Żeby złamać tego ducha, Stalin musi zniszczyć chłopstwo. Chłopów-Ukraińców było wówczas około 30 milionów. Technicznie można było znaczną ich część unicestwić budując sieć komór gazowych, ale Stalin nie popełnił tego błędu. Ten, kto budował komory, brał na siebie całą winę, okrywał się hańbą mordercy. Natomiast Stalin obarczył winą za zbrodnie same ofiary: umieracie z głodu, bo nie chcecie pracować, nie widzicie korzyści jakie daje kołchoz. W dodatku, żalił się, przez was głoduje ludność miast, kobiety nie mogą karmić niemowląt, bo nie mają mleka, dzieci nie mogą chodzić do szkoły, bo są zbyt słabe.
 Wieś ukraińska konała w milczeniu, w izolacji od świata, gryząc korę drzew i łyko własnych łapci, otoczona pogardą i nienawiścią ludzi z miast, stojących na ulicach w nie kończących się kolejkach po chleb.

Ryszard Kapuściński

[Tegoż, Imperium, Warszawa 1993, s. 285-291.]

[„Wołanie z Wołynia” nr 2 (15) z marca-kwietnia 1997 r., s. 11-15.]

23:46, kovaliv
Link Komentarze (1) »

Wielka Cisza (2)

Tylko w listopadzie 1932 roku, a więc w pierwszym miesiącu „walki z sabotażem”, w strategicznie ważnym z punktu widzenia produkcji rolnej Kraju Północnokaukaskim aresztowano 5 tysięcy wiejskich komunistów, którym zarzucono „karygodne przymykanie oczu” na „sabotaż” kampanii skupu, oraz 15 tysięcy kołchoźników. W grudniu rozpoczęły się masowe zesłania nie tylko samych kułaków, ale całych wiosek, szczególnie zaś kozackich stanic, które znały już podobne represje z 1920 roku. Jeśli w 1932 roku dane administracji GUŁagu odnotowały przybycie 71 236 zesłańców, to rok 1933 przyniósł napływ 268 091 nowych osadników specjalnych.
Komisja Mołotowa podjęła na Ukrainie analogiczne decyzje: wpisanie rejonów, które nie wypełniły planów skupu, na „czarną tablicę”, wraz ze wszystkimi opisanymi wyżej konsekwencjami oraz czystkami w wiejskich organizacjach partyjnych, masowymi aresztowaniami nie tylko kołchoźników, ale także kierowników kołchozów podejrzewanych o „zaniżanie produkcji”. Wkrótce posunięcia te zostały rozszerzone na inne regiony produkujące zboże.
Czy państwo, stosując represje, mogło wygrać wojnę z chłopami? Nie, podkreślał w drobiazgowym raporcie włoski konsul z Noworosyjska: „Nadmiernie uzbrojony i silny aparat sowiecki nie jest w rzeczywistości w stanie odnieść zwycięstwa nawet w pojedynczych regularnych bitwach; przeciwnik nie działa masą, jego siły są rozrzucone, toteż władza traci siły w nie kończącej się serii maleńkich operacji: tu nie opielone pole, tam schowano kilka kwintali zboża, tu zepsuty traktor, tam drugi świadomie uszkodzony, trzeci zamiast pracować, gdzieś pojechał... oraz na stwierdzaniu, że jakiś magazyn rozkradziono, księgi rachunkowe są źle prowadzone lub fałszowane, a dyrektorzy kołchozów, ze strachu lub złej woli, nie podają prawdy w raportach... I tak dalej, w nieskończoność i ciągle na nowo na tym ogromnym obszarze! [...] Wroga trzeba szukać dom po domu, wieś po wsi. To tak, jakby nosić wodę sitem!”
Pierwsze raporty o groźbie „kryzysu żywnościowego” zimą 1932-1933 roku docierały do Moskwy od lata 1932 roku. W sierpniu Mołotow zameldował Biuru Politycznemu, iż „nie ma realnego zagrożenia głodem w rejonach, w których były doskonałe zbiory”. Niemniej zaproponował wypełnienie za wszelką cenę planu skupu. W tym samym miesiącu przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych Kazachstanu, Isajew, poinformował Stalina o rozmiarach głodu w swej republice, w której kolektywizacja i przymusowe osiedlenie plemion wędrownych całkowicie rozregulowało tradycyjną gospodarkę koczowniczą. Nawet zatwardziali stalinowcy w rodzaju Stanisława Kosiora, pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, czy Michaiła Chatajewicza, pierwszego sekretarza partii obwodu dniepropietrowskiego, poprosili Stalina i Mołotowa o zmniejszenie planu skupu. „Żeby w przyszłości produkcja mogła wzrosnąć zgodnie z potrzebami proletariackiego państwa – pisał Chatajewicz do Mołotowa w listopadzie 1932 roku – musimy wziąć pod uwagę podstawowe potrzeby kołchoźników, bez których zaspokojenia nikt nie będzie siał i produkował”.
„Wasze stanowisko – odpowiedział Mołotow – jest głęboko niesłuszne i niebolszewickie. My, bolszewicy, nie możemy postawić potrzeb państwa – potrzeb ustalonych dokładnie przez uchwały partii – ani na dziesiątym, ani nawet na drugim miejscu”.
Kilka dni później Biuro Polityczne rozesłało do lokalnych władz okólnik nakazujący, by kołchozy, które jeszcze nie wykonały planu, zostały natychmiast ogołocone z całego posiadanego ziarna, w tym także z tak zwanych rezerw zasiewowych!
W ten sposób miliony chłopów z najbogatszych regionów rolniczych Związku Sowieckiego, które zmuszono groźbą lub torturami do oddania wszystkich marnych zapasów, nie mając ani środków, ani możliwości kupienia czegokolwiek, zostały wydane na pastwę głodu i jedynym środkiem ratunku stało się dla nich przeniesienie do miasta. Jednak rząd wydał właśnie, 27 grudnia 1932 roku, ustawę o paszportach wewnętrznych i obowiązkowym meldunku dla mieszkańców miast, aby ograniczyć wychodźstwo ze wsi, „zlikwidować pasożytnictwo społeczne” i „zwalczać przenikanie elementów kułackich do miast”. Wobec ucieczek ratujących życie chłopów rząd ogłosił 22 stycznia 1933 roku podpisany przez Stalina i Mołotowa okólnik, który skazywał na zaprogramowaną śmierć miliony zagłodzonych ludzi. Nakazywał on lokalnym władzom, a w szczególności GPU, uniemożliwić „wszelkimi środkami masowe wyjazdy chłopów Ukrainy i północnego Kaukazu do miasta. Po aresztowaniu elementów kontrrewolucyjnych inni uciekinierzy zostaną doprowadzeni do miejsca zamieszkania”. Okólnik wyjaśniał sytuację następująco: „Komitet Centralny i rząd mają dowody, że ta masowa ucieczka organizowana jest przez wrogów władzy sowieckiej, kontrrewolucjonistów i polskich agentów w celu wzniecenia propagandy zwłaszcza przeciw systemowi kołchozowemu, a ogólnie przeciw władzy sowieckiej”.
Aby uniemożliwić chłopom porzucanie miejsc zamieszkania, we wszystkich dotkniętych głodem regionach zawieszono natychmiast sprzedaż biletów kolejowych, a na drogach postawiono blokady, kontrolowane przez oddziały specjalne GPU. Raport policji politycznej z początku marca 1933 roku podawał, iż w wyniku operacji, powstrzymującej ucieczkę chłopów do miast, w ciągu miesiąca zatrzymano 219 460 osób, z których 186 588 „odstawiono do miejsca zamieszkania”, a pozostałe aresztowano i postawiono przed sądem. Raport nie mówił jednak nic o ludziach usuniętych z miast.
A oto raport na ten temat konsula włoskiego z Charkowa, miasta położonego w sercu jednego z najbardziej dotkniętych przez głód regionów kraju: „Od tygodnia zorganizowano służbę przyjmującą porzucone dzieci. W istocie bowiem poza chłopami napływającymi do miast, gdyż na wsi nie mają żadnych nadziei na przeżycie, są jeszcze dzieci, przywożone tu przez rodziców, którzy po porzuceniu ich wracają, by umrzeć na wsi. Mają bowiem nadzieję, iż w mieście ktoś zaopiekuje się ich potomstwem. [...] Od tygodnia zmobilizowano dworników [stróżów] w białych bluzach, którzy patrolują miasto i doprowadzają dzieci do najbliższego posterunku milicji. [...] Koło północy rozpoczyna się przewożenie ich ciężarówkami na dworzec towarowy Siewiero Doniec. Tam gromadzi się dzieci znalezione na dworcach i w pociągach, a także rodziny chłopów i samotne starsze osoby schwytane w mieście w ciągu dnia. Jest tam też personel medyczny [...], który dokonuje «selekcji». Ci, którzy jeszcze nie spuchli i mają szanse na przeżycie, kierowani są do baraków w Chołodnej Gorze, gdzie kona na słomie prawie 8000 ludzkich dusz, w większości dzieci. [...] Osoby opuchnięte przewozi się pociągami towarowymi na wieś i pozostawia pięćdziesiąt-sześćdziesiąt kilometrów za miastem, żeby nie umierały na widoku. [...] Po dotarciu na miejsce wyładunku kopie się wielkie rowy, do których wrzuca się zwłoki zebrane ze wszystkich wagonów”.
Na wsiach śmiertelność sięgnęła szczytu na wiosnę 1933 roku. Do głodu dołączył tyfus; z wielotysięcznych osad przeżyło po kilkadziesiąt osób. Zarówno raporty GPU, jak raporty dyplomatów włoskich z Charkowa informują o przypadkach ludożerstwa: „Każdej nocy uprząta się w Charkowie prawie 250 trupów osób zmarłych z głodu lub na tyfus. Zauważono, że wiele z nich nie ma wątroby, którą prawdopodobnie wyciągnięto przez szerokie nacięcie. Policji udało się w końcu złapać kilku tajemniczych «chirurgów», którzy zeznali, że z tego mięsa robili farsz do pierożków, sprzedawanych następnie na targowisku”. (...)
Utrzymywane do ostatnich lat w tajemnicy archiwa demograficzne i spisy ludności z lat 1937 i 1939 pozwalają ocenić zasięg klęski głodowej z 1933 roku. Geograficznie rzecz biorąc, „strefa głodu” pokrywała całą Ukrainę, część strefy czarnoziemnej, żyzne równiny nad Donem, Kubaniem, północny Kaukaz oraz większą część Kazachstanu. Głodowa nędza lub głód dotknęły prawie 40 milionów ludzi. (...)
Najcięższą stratę, prawie 4 miliony zmarłych, ponieśli ukraińscy chłopi. W Kazachstanie było około 1 miliona ofiar, głównie wśród koczowników pozbawionych po kolektywizacji całego bydła i siłą osiedlonych. Na północnym Kaukazie i w regionie czarnoziemnym zmarł 1 milion osób.
Wielki głód z lat 1932-1933, szczytowy punkt drugiego aktu rozpoczętej w 1929 roku wojny z chłopstwem, stanowi – na pięć lat przed Wielkim Terrorem, który dotknie przede wszystkim inteligencję, kierownicze kadry gospodarki i partii – moment decydujący we wprowadzaniu systemu represji wypróbowywanego kolejno – i w zależności od aktualnej sytuacji politycznej – na różnych grupach społecznych. Wielki głód, ze swym bagażem przemocy, tortur i wyroków śmierci dla całych grup ludności, tłumaczy przerażający regres, zarówno w dziedzinie polityki, jak stosunków społecznych. Widać, jak mnożą się mali, lokalni tyrani i despoci, gotowi na wszystko dla wyduszenia z chłopów ostatnich zapasów, a także jak szerzy się barbarzyństwo. Zdzierstwo podniesione zostaje do rangi codziennej praktyki, a wraz z bandytyzmem i epidemiami pojawiają się ponownie kanibalizm i porzucanie dzieci; tworzy się „baraki śmierci”, a krótko trzymani przez partię-państwo chłopi poznają nową formę niewolnictwa. Jak przenikliwie napisał do Siergieja Kirowa w styczniu 1934 roku Sergo Ordżonikidze: „Nasze kadry, które poznały sytuację z lat 1932-1933 i które ją wytrzymały, są naprawdę zahartowane jak stal. Myślę, że zbudujemy z nimi państwo, o jakim nigdy nie słyszano w historii”. (...)

Jan Wróbel

[„Wołanie z Wołynia” nr 6 (55) z listopada grudnia 2003 r., s. 5-10.]

23:37, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

WIELKA   CISZA

Nieznana historia ukraińskiego Wielkiego głodu

 Historia zna zbrodnie... i zbrodnie. Jedne są głośno potępiane, o innych mówi się półgębkiem. Jeszcze inne przemilcza zupełnie. Do takich zalicza się sprowokowany przez Stalina głód lat trzydziestych. Także siedemdziesiąta (symboliczna oczywiście) rocznica wielkiego głodu, obchodzona w tym roku na Ukrainie, nie wywołała znaczącego echa w światowych mediach. Świat nie chce pamiętać zbrodni komunizmu.
Plan Stalina sprzed siedemdziesięciu lat polegał na przeprowadzeniu w Rosji drugiej rewolucji. W trakcie pierwszej – 1917-1918 – zlikwidowano w krwawy sposób warstwę właścicieli ziemskich, fabrykantów, tradycyjnego mieszczaństwa. Zwycięstwo nie było jednak pełne. Wieś, po zagrabieniu ziemi obszarniczej (Lenin: „Grab zagrabione”), dalej pozostawała oazą względnej normalności. Choć terror wojny domowej i komunizmu wojennego dał się tu również we znaki, to jednak pracowano na swoim, handlowano, przestrzegano tradycyjnych świąt. Upartyjnienie było niemal symboliczne, a np. do komunistycznej organizacji młodzieżowej należało w końcu lat 20. pięć procent młodzieży wiejskiej.
Temu światu, politycznie niezaangażowanemu, ale obojętnemu dla bolszewickiej rewolucji, wydano w końcu lat dwudziestych wojnę. Kolektywizacja wsi tłumaczona była ideą przyspieszenia rozwoju ciężkiego przemysłu. W myśl teorii promowanej m.in. przez Bucharina (Stalin mówił o nim per „sumienie partii”, było to jednak sumienie komunisty, dopuszczające ofiary dla umocnienia władzy radzieckiej) rozwój w kapitalizmie wymagał akumulacji kapitału przez przedsiębiorców. W komunizmie rolę kapitalistów przejmie państwo i nie może ono czekać, jak na Zachodzie, przez wiek czy dwa.
Zagarnięcie majątku najliczniejszej w Rosji warstwy posiadaczy, chłopów, akumulacja kapitału poprzez upaństwowienie prywatnej własności współgrały z nienawiścią wielu bolszewików do chłopów, których udział w przemianach rewolucyjnych ograniczył się do parcelacji majątków ziemian. U progu kolektywizacji 3/4 obywateli ZSRR mieszkało na wsi.
Karty zostały rozdane, a natarcie Partii na chłopów okazało się najkrwawszą rewolucją dwudziestego wieku. Podobną skalę zbrodni osiągnęli tylko w latach 40. Niemcy, mordując miliony Żydów.
W cieniu zapomnianego kolektywizacyjnego ludobójstwa pozostaje wyniszczenie życia religijnego w ZSRR. Wojna z pozostałościami „starego świata” oznaczała faktyczną eliminację rozstrzeliwanego, więzionego i zsyłanego duchowieństwa praktycznie wszystkich wyznań. W większości miast nie działała nawet jedna świątynia, chyba że utrzymano ją ze względu na prośby dyplomatów z obcych placówek. Wtedy jednak zwykli wierni bali się tam przychodzić, lękając się oskarżeń o współpracę z obcym wywiadem.
Bohaterem propagandy lat 30. został Pawlik Morozow. Jego podkoloryzowany życiorys głosił, że chłopiec, aktywista Komsomołu, wydał przed władzami swojego ojca i stryja – chłopów sabotażystów, ukrywających zboże. Pawlika mieli potem zamordować reakcyjni krewni. I tylko o tej ofierze kolektywizacji wolno było głośno mówić.
Również w Polsce dopiero w wydanej w zeszłym roku „Czarnej księdze komunizmu” pod redakcją Stéphane’a Courtois po raz pierwszy pokazano prawdziwą skalę zbrodni kolektywizacji. Oto fragment „Czarnej księgi” dotyczący wielkiego głodu.
Wielki głód z lat 1932-1933, który wedle niepodważalnych dziś źródeł spowodował ponad sześć milionów ofiar, długo znajdował się wśród „białych plam” sowieckiej historii. Katastrofa ta nie była jednak podobna do innych klęsk głodu, których cykl, w regularnych przerwach, poznała carska Rosja. Była ona bezpośrednią konsekwencją nowego systemu „wojskowo-feudalnego wyzysku” chłopstwa – wedle wyrażenia antystalinowskiego lidera bolszewickiego Nikołaja Bucharina – wprowadzonego w czasie przymusowej kolektywizacji oraz tragiczną ilustracją przerażającego regresu społeczeństwa, który towarzyszył szturmowaniu wsi przez władzę sowiecką w końcu lat dwudziestych XX wieku.
W latach 1921-1922 władza sowiecka przyznała, że panuje głód, prosząc otwarcie o pomoc międzynarodową, teraz jednak zaprzeczała klęsce lat 1932-1933 i zagłuszała propagandą głosy zagranicznej opinii publicznej, zwracające uwagę na tragedię. Reżimowi pomogły w tym wydatnie odpowiednio zorganizowane „świadectwa”, na przykład opinia francuskiego deputowanego i lidera Partii Radykalnej Edouarda Herriota, który w czasie swej podróży na Ukrainę latem 1933 roku trąbił o „wspaniale nawodnionych i uprawianych kołchozowych warzywnikach” i „zdecydowanie wspaniałych żniwach”, by zakończyć kategoryczną konkluzją: „Przejechałem Ukrainę. A więc! Ręczę wam, że widziałem ją podobną do przynoszącego obfite plony ogrodu”. (...)
Nie można oczywiście rozpatrywać problemu głodu lat 1932-1933 w oderwaniu od kontekstu – od nowych stosunków między państwem sowieckim a chłopstwem, powstałych w wyniku przymusowej kolektywizacji wsi. W skolektywizowanych wioskach kołchoz odgrywał rolę strategiczną. Jego zadaniem było zapewnienie państwu ustalonych dostaw produktów rolnych przez coraz silniejsze odciąganie ich z „kolektywnych” zbiorów. Każdej jesieni kampania skupu zamieniała się w prawdziwą próbę sił między państwem a chłopstwem, które rozpaczliwie usiłowało zatrzymać część zbiorów dla siebie. Stawka była poważna: państwu chodziło o pobranie należności, chłopu o przeżycie. Im bardziej urodzajny był region, tym więcej z niego pompowano. W 1930 roku państwo zabrało 30 proc. produkcji rolnej na Ukrainie, 38 proc. na bogatych równinach Kubania i północnego Kaukazu, 33 proc. zbiorów w Kazachstanie. W 1931 roku, przy dużo gorszych zbiorach, ilości te wyniosły odpowiednio 41,5 proc., 47 proc. i 39,5 proc. Podobna praktyka mogła jedynie całkiem zdezorganizować cykl produkcji; wystarczy przypomnieć, że w epoce NEP-u chłopi sprzedawali tylko 15-20 proc. produkcji, zatrzymując 12 do 15 proc. na zasiewy, 25 do 30 proc. na paszę dla bydła, a resztę na potrzeby własne. Nieunikniony był konflikt między chłopami, gotowymi na każdy podstęp, by zatrzymać część zbiorów, a lokalnymi władzami, które za wszelką cenę musiały wykonać coraz bardziej nierealny plan – w 1932 roku plan przymusowego skupu był o 32 proc. wyższy od planu z roku ubiegłego.
W 1932 roku kampania skupu posuwała się bardzo powoli. Kiedy tylko zaczęto omłoty, kołchoźnicy starali się ukryć lub „ukraść” nocą część zbiorów. Powstał prawdziwy "front biernego oporu", wzmocniony cichym wzajemnym porozumieniem, prowadzącym często od kołchoźnika do brygadzisty, od brygadzisty do księgowego, od księgowego do dyrektora kołchozu, który sam był dopiero co awansowanym chłopem, a od dyrektora do miejscowego sekretarza partii. Do odbierania zboża centralne władze musiały znów posłać „brygady szturmowe”, utworzone w miastach z komsomolców i komunistów. (...)
W arsenale środków represji decydującą rolę odgrywało słynne prawo ogłoszone 7 sierpnia 1932 roku, a więc w najgorętszym momencie wojny między chłopstwem a reżimem, które przewidywało dziesięć lat obozu lub karę śmierci „za wszelką kradzież lub roztrwonienie socjalistycznej własności”. Lud znał je pod nazwą „prawa o kłosach”, gdyż skazani na jego podstawie winni byli najczęściej kradzieży kilku kłosów pszenicy lub żyta na kołchozowych polach. Prawo to umożliwiło skazanie od sierpnia 1932 do grudnia 1933 roku ponad 125 tysięcy ludzi, w tym 5400 na karę śmierci.
Mimo tak drakońskich środków zboże nie „wpływało”. W połowie października 1932 roku plan skupu w najważniejszych regionach zbożowych kraju był wykonany tylko w 15-20 proc. W celu „przyspieszenia skupu” 22 października 1932 roku Biuro Polityczne zdecydowało więc o wysłaniu na Ukrainę i na północny Kaukaz dwóch nadzwyczajnych komisji; jednej przewodniczył Łazar Kaganowicz, drugiej – Wiaczesław Mołotow. Drugiego listopada komisja Kaganowicza (...) przybyła do Rostowa nad Donem. Zwołała natychmiast konferencję wszystkich rejonowych sekretarzy partyjnych Kraju Północnokaukaskiego, która na zakończenie podjęła następującą uchwałę: „W związku ze szczególnie haniebną klęską planu skupu zbóż zobligować lokalne organizacje partyjne do zduszenia sabotażu, zorganizowanego przez kułackie elementy kontrrewolucyjne, i do zdławienia oporu wiejskich komunistów i przewodniczących kołchozów, którzy stanęli na czele tego sabotażu”. Wobec niektórych rejonów wpisanych na „czarną listę” (wedle oficjalnej terminologii) podjęte zostały następujące kroki: wycofanie wszystkich produktów ze sklepów, całkowite wstrzymanie handlu, natychmiastowa spłata wszystkich zaciągniętych kredytów, podatek nadzwyczajny, aresztowanie wszystkich „sabotażystów”, „elementów obcych” i „kontrrewolucyjnych”, zgodnie z przyspieszoną procedurą i pod egidą GPU. W wypadku kontynuowania „sabotażu” ludności groziła kara masowego zesłania.
(cdn.)

Jan Wróbel

23:36, kovaliv
Link Dodaj komentarz »

List Ojca Świętego

Jana Pawła II

do narodu

ukraińskiego

z okazji

70. rocznicy

głodu w 1933 roku

Podajemy przekład na język polski pełnego tekstu tego listu.

Wielce Dostojnym Braciom
LUBOMYROWI Kard. HUZAROWI
Arcybiskupowi Większemu Lwowa dla Ukraińców
i MARIANOWI Kard. JAWORSKIEMU
Arcybiskupowi Lwowa dla wiernych obrządku łacińskiego

 1. Wspomnienie o dramatycznym wydarzeniu narodu, oprócz tego, że samo w sobie jest koniecznym, jak nigdy – okazuje się – jest korzystnym dla rozbudzenia w nowych pokoleniach pragnienia tego, aby we wszystkich okolicznościach stawały się strażnikami poszanowania godności każdego człowieka. Modlitwa o wieczne spoczywanie zmarłych, oprócz tego, że wypływa z takiego wspomnienia, staje się dla wiernych balsamem, który uśmierca ból i czyni twórczą modlitwę do Boga, który jest Panem wszystkiego co żyje, aby On darował wieczny spokój tym wszystkim, którzy byli niesprawiedliwie pozbawieni dobra życia. Należna pamięć o przeszłości stwarza wreszcie pożytek, który wychodzi poza granice jednego narodu, dochodząc do innych narodów, które także były ofiarami zgubnych wydarzeń i które podzielając to nieszczęście, mogą otrzymać dla siebie pocieszenie.
 Oto jakimi są uczucia, które wywołuje w mojej duszy 70. rocznica smutnych wydarzeń głodu: miliony ludzi zaznało przerażającej śmierci przez zgubną działalność ideologii, która w ciągu całego XX wieku, stała się przyczyną cierpień i nieszczęść w wielu częściach świata. Z tej okazji, Wielce Dostojni Bracia, pragnę duchowo uczestniczyć w obchodach, które będą przeprowadzone, by uczcić pamięć licznych ofiar wielkiego głodu, sprowokowanego na Ukrainie podczas panowania reżymu komunistycznego. Chodzi o straszliwy plan wykonany z zimnym rozrachunkiem przez możnowładców tamtej epoki.

 2. Powracając do tych smutnych wydarzeń, Wielce Dostojni Bracia, proszę Was o wyrażenie władzy państwowej i Waszym współobywatelom, szczególnie mi drogim, wyrazów mojej solidarności i modlitewnego współudziału. Zaplanowane obchody, ukierunkowane na uczczenie pamięci ofiary i jej synów, mają umocnić prawdziwą miłość do Ojczyzny i nie są zwrócone przeciw innym narodom, ale raczej pragną ożywić w duszach ludzkich poczucie godności każdego człowieka, niezależnie od tego, jakiego narodu jest członkiem.
 Przychodzą na myśl przekonywujące słowa mojego poprzednika, śp. Papieża Piusa XI, który  mając na uwadze politykę ówczesnego rządu radzieckiego, widział wyraźną różnicę między rządzącymi i poddanymi i, w tamtym czasie jak usprawiedliwiał tych ostatnich, jasno ukazywał odpowiedzialność systemu, który „nie uznając prawidłowego pochodzenia istoty i celów państwa, podważał prawa człowieka, jego godność i wolność” (Enc. „Divini Redemptoris” [18 marca 1937], II: AAS 29 [1937], 77).
 Jakże w związku z tym nie wspomnieć o zniszczeniu tak wielu rodzin, o cierpieniach niezliczonych sierot, o niszczeniu wszelkich struktur społecznych? Poczuwając się do bliskości z tymi wszystkimi, którzy ucierpieli wskutek tych dramatycznych wydarzeń 1933 r., chcę jeszcze raz potwierdzić konieczność zachowania pamięci o tych faktach, aby móc jeszcze raz wspólnie powtórzyć: niech to się nigdy więcej nie powtórzy! Uświadomienie sobie błędów przeszłości staje się stałą zachętą do tego, aby budować przyszłość bardziej przydatną do potrzeb ludzkich, sprzeciwiając się bądź jakiej ideologii, która wypacza życie, godność i słuszne pragnienia ludzi.

 3. Doświadczenie tej tragedii powinno dzisiaj kierować uczuciami i działalnością narodu ukraińskiego na drodze do zgody i współpracy. Niestety ideologia komunistyczna wniosła swój wkład w pogłębienie podziałów także w życiu społecznym i religijnym. Potrzebne są wysiłki na rzecz szerokiego i rzeczywistego pojednania: gdyż tylko w ten sposób można odpowiednio uczcić ofiary, które należą do całego narodu ukraińskiego. Chrześcijańskiemu uczuciu żalu za tymi, którzy zmarli w wyniku bezbożnego planu, powinno towarzyszyć pragnienie budowania takiego społeczeństwa, w którym dobro wspólne, prawo naturalne, sprawiedliwość dla wszystkich i prawa człowieka będą stałym ukierunkowaniem dla rzeczywistego odnowienia serc i rozumu tych wszystkich, którzy mają zaszczyt należeć do narodu ukraińskiego. W ten sposób wspomnienie o minionych wydarzeniach stanie się źródłem natchnienia dla obecnego i przyszłych pokoleń.

 4. Podczas niezapomnianej wizyty w Waszym kraju dwa lata temu, ukazując na smutny okres, jaki siedemdziesiąt lat temu przeżyła Ukraina, wspomniałem „straszliwe lata dyktatury sowieckiej i bardzo ciężki głód na początku lat 30., kiedy wasz kraj, «spichlerz Europy», nie potrafił wyżywić własnych dzieci, których umarły miliony” (przemówienie do świata polityki, kultury, nauki i przemysłu podczas spotkania w Pałacu Mariańskim [Kijów, 23 czerwca 2001], 3 Insegnamenti 24/1, 2001, 1268).
 Będziemy mieć nadzieję, że z Bożą pomocą, lekcje historii dopomogą znaleźć wytrwałą zachętę do porozumienia, mając na uwadze twórczą współpracę, aby wspólnie budować kraj, który na każdym poziomie będzie rozwijał się w sposób harmonijny i pokojowy.
 Osiągnięcie tego szlachetnego celu zależy przede wszystkim od Ukraińców, którym zostało powierzone zachowanie wschodniej tradycji chrześcijańskiej i odpowiedzialność za to, aby potrafić donieść do samodzielnego zjednoczenia kultury i cywilizacji. Na tym polega szczególny wkład, który Ukraina powołana jest wnieść do budowy „wspólnego domu europejskiego”, w którym każdy naród będzie mógł odnaleźć odpowiednie przyjęcie i poszanowanie własnych wartości i odrębności.

 5. Wielce Dostojni Bracia, przy tak wyjątkowej okazji, jakże nam nie powrócić myślą do ewangelicznego zasiewu, uczynionego przez świętych Cyryla i Metodego. Jakże na nowo z wdzięcznością nie zamyślić się nad świadectwem św. Włodzimierza i jego matki, świętej Olgi, za pośrednictwem których Pan Bóg darował Waszemu narodowi łaskę Chrztu i nowego życia w Chrystusie? Z duchem oświeconym przez Ewangelię można lepiej zrozumieć jak należy kochać Ojczyznę, aby dać swój czynny wkład w jej postęp na drodze kultury i cywilizacji. Przynależności do pewnego narodu powinny towarzyszyć pełne poświęcenia wysiłki i bezinteresowna wymiana darów otrzymanych w dziedzictwie od poprzednich pokoleń, aby budować społeczeństwo otwarte na inne narody i odmienne tradycje.
 Wyrażając życzenia aby naród ukraiński umiał patrzeć na wydarzenia historyczne pojednanymi oczyma, zawierzam duchowemu pocieszeniu Najświętszej Bogurodzicy tych wszystkich, którzy wciąż jeszcze cierpią wskutek tych smutnych wydarzeń. Tym moim uczuciom towarzyszy szczególne Błogosławieństwo Apostolskie, którego udzielam Wam, Wielce Dostojni Bracia, i wszystkim powierzonym Waszej opiece duszpasterskiej, wymadlając dla wszystkich szczodre łaski niebieskie.

Z Watykanu, 23 listopada 2003 roku,
Uroczystość Pana Naszego Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata

Jan Paweł II

przekład z ukraińskiego
redakcji „WzW”

[„Wołanie z Wołynia” nr 6 (55) z listopada grudnia 2003 r., s. 3-5. ]

23:18, kovaliv
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Listopad 2005 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
O autorze
Tagi
Vesna

Krzysztof Broszkowski OP - osobista strona www

Poleć naszą stronę ЛОТ "Пошук" KRESY uahistory Сайт акції з поширення української музики серед населення України Kościół Rzymsko-Katolicki na Białorusi Я в контактi Wołanie z Wołynia - Волання з Волині

Promote Your Page Too